Dlaczego przedsiębiorca ma lepiej za granicą niż w Polsce?

Sytuacja przedsiębiorców w Polsce jest nie do pozazdroszczenia – są oni w swoim własnym kraju traktowani jak naciągacze i kombinatorzy, a dodatkowo, na tle zagranicznych korporacji inwestujących w Polsce, są zwyczajnie dyskryminowani. Dopóki to się nie zmieni, polscy przedsiębiorcy nadal będą przenosić działalność do Anglii, Irlandii czy Czech, gdzie warunki do prowadzenia biznesu są po prostu o wiele korzystniejsze niż nad Wisłą.

Pisałam już jakiś czas temu o tym (a zdanie to niezmiennie podtrzymuję), że Polska to kraj paradoksów. Zobaczmy to chociażby na przykładzie warunków do prowadzenia biznesu dla rodzimych przedsiębiorców i warunków oferowanych zagranicznym korporacjom. Przede wszystkim o otwarcie w Polsce fabryki czy centrum usługowego polscy decydenci zabiegają u zagranicznych korporacji całymi miesiącami (jeśli nie latami), a o polskiego przedsiębiorcę nie tylko nie dbają, ale też z góry traktują go jak osobę podejrzaną. To straszne, ale każdy, kto choć raz miał w Polsce do czynienia z biurokracją wie, że przedsiębiorcy są tutaj dyskryminowani i że nie cieszą się oni nawet podstawowymi prawami gwarantowanymi przez Konstytucję RP. Powiedzmy bowiem jasno, że nawet przestępcy korzystają nad Wisłą z zagwarantowanego ustawą najwyższą domniemania niewinności (aż do prawomocnego skazania), czego niestety nie można powiedzieć o przedsiębiorcach – z góry uznawanych za oszustów.

Inną sprawą są przywileje rozdawane zachodnim korporacjom jako wabiki do zainwestowania w Polsce, przy jednoczesnym pozostawianiu polskich przedsiębiorców samych sobie. Nie bójmy się powiedzieć, że ministrowie kolejnych rządów zachowują się jak obwoźni sprzedawcy i płaszczą się przed wielkimi rynkowymi graczami, dopłacając im za to, aby stworzyli oni nad Wisłą miejsca pracy (a przecież na to składamy się wszyscy). Tymczasem rodzimi przedsiębiorcy, którzy tworzą społeczny dobrobyt i którzy dają pracę (w produkcji dóbr lub w wytwarzaniu usług), nie dostają za to ani grosza. Co więcej, muszą się oni dodatkowo zmagać z całą masą zmiennych i złych przepisów, na których zrozumienie i zastosowanie tracą oni blisko 4 godziny dziennie (co, według najnowszych wyliczeń, kosztuje gospodarkę nawet 200 mld złotych).

Polscy decydenci nie dostrzegają niezwykle ważnej roli rodzimych przedsiębiorców dla życia gospodarczego i społecznego Polski, dlatego trudno się dziwić, że co bardziej rozsądni z nich przenoszą swój biznes do krajów, gdzie panują znacznie lepsze warunki do jego prowadzenia. Między bajki można włożyć twierdzenie, że koszty pracy są w Polsce niższe. Dla korporacji, które polski rząd zwalnia z CIT, a często także często z ZUS (!) – być może, ale nie dla polskiego biznesu, który z ulg prawie korzystać nie może, przy czym pracownik otrzymuje tylko część faktycznie ponoszonych przez pracodawcę kosztów. Wynagrodzenie netto na umowę o pracę w wysokości 1800 zł to dla pracodawcy faktyczny koszt około 3 000 złotych. Inna sytuacja jest za granicą. Chodzi tu przede wszystkim o Anglię, Irlandię i Czechy, gdzie polscy przedsiębiorcy mogą się cieszyć stabilnym systemem prawnym, niskimi podatkami i niskim poziomem biurokracji.

Jeśli chodzi o Anglię, to kusi ona przedsiębiorców przede wszystkim wysoką kwotą wolną od podatku dochodowego od osób fizycznych, która wynosi 11 500 funtów, czyli ok. 60 000 zł (a przypomnijmy, że w Polsce kwota wolna dla osób zarabiających powyżej 11 tys. zł wynosi 3091 zł lub mniej). Poza tym w UK przedsiębiorca może liczyć na znacznie niższe składki na ubezpieczenie społeczne (zaledwie 300 zł przy wynagrodzeniu około 5000 zł miesięcznie), a także na przyjaźnie nastawionych względem niego urzędników, którzy na każdym kroku ułatwiają mu działalność i dbają o rozwój jego firmy. Stabilny system podatkowo – prawny pozwala też przedsiębiorcy odkładać na pewną, brytyjską emeryturę, której kwota wynosi obecnie, po przeliczeniu na złotówki, przynajmniej 3200 zł.

Podobne warunki do prowadzenia biznesu panują także w Irlandii. Na zielonej wyspie również bardzo wysoka jest kwota wolna od podatku dochodowego od osób fizycznych, która wynosi 16 500 euro, czyli ok. 69 200 zł. I tutaj, podobnie jak w Anglii, przedsiębiorcy mogą się cieszyć stabilnym systemem podatkowo-prawnym, nienarażonym na działania wymierzone przeciwko biznesowi i respektującym korzystną umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania z Polską. W Irlandii przedsiębiorcy mogą ponadto korzystać z niskich składek na ubezpieczenie społeczne (jest to ok. kilkadziesiąt euro miesięcznie przy zarobkach rzędu kilku tysięcy złotych) oraz odkładać na stabilną emeryturę w euro.

Nie gorsze warunki do prowadzenia firmy mają wreszcie przedsiębiorcy za naszą południowo – zachodnią granicą. W Czechach stawki podatku dochodowego od osób fizycznych wynoszą 15 proc. i 22 proc., a składki na ubezpieczenie społeczne przedsiębiorców uzależnione są od ich dochodu. Poza tym w Czechach biznesmeni mogą się komunikować z urzędami wszystkich szczebli drogą elektroniczną, a zasada domniemania niewinności w kwestiach skarbowych jest tu niemal święta. Czesi inaczej podchodzą też do karania przedsiębiorców – przede wszystkim ograniczyli oni wysokość kar, a do tego nie są tak restrykcyjni jak urzędnicy w Polsce w przypadku drobnych opóźnień w płaceniu składek czy podatków. Co jednak najważniejsze, nie wszyscy przedsiębiorcy w Czechach muszą posiadać kasy fiskalne, a płatnikami VAT stają się oni dopiero wówczas, gdy ich roczne obroty przekraczają 1 mln koron czeskich (trochę ponad 160 tys. zł).

 

Agnieszka Moryc
Agnieszka Moryc