Ikea w sieci czyli klops po polsku

Szwedzki gigant otwiera się na internet w Polsce. Świetna wiadomość gdyby nie to, że Ikea w realiach polskiego e-commerce to jednak musztarda po obiedzie.

Szok w trampkach – Ikea uruchomi w Polsce sklep internetowy! To właśnie zapowiedziała Anna Pawlak-Kuliga, nowa prezes koncernu w Polsce. Wiadomość przeleciała przez media niczym wieść o promocji na kultowe ikeowskie klopsiki. A ja? Wzruszam ramionami. Bo to jest typowa świnka morska – ani nie świnka, ani morska. Ani szok, ani nowość. Ikea to przecież już od lat jeden z najbardziej chodliwych towarów w polskim internecie.

Każdy kto choć raz odwiedził zatłoczony jak zwykle sklep Ikei być może widział ich – młodych, silnych mężczyzn stojących w strefie zwrotów/wymiany z wielkimi wózkami pełnych kartonów. To ci sami, których dostawczaki parkują tuż przy wyjściu ze sklepu. Któż to taki? To właśnie pracownicy działki e-commerce w Ikea. No, tacy nieoficjalni. Okazuje się bowiem, że w Polsce funkcjonuje co najmniej kilka mocnych sklepów internetowych sprzedających meble i akcesoria szwedzkiej marki. Dzieje się tak właśnie dlatego, że od lat Ikea odsuwa debiut e-sklepu na polskim rynku licząc, że jednak klient przyjedzie fordem kombi i zauroczony atmosferą sklepu kupi nie tylko kanapę wypisaną na liście zakupów. I tym samym przyniesie sklepom ekstra zysk. Zresztą, Ikea liczy słusznie – no bo kto nigdy nie wyjechał z Ikei z masą w gruncie rzeczy zbędnych dodatków („o jakie fajne szklanki za 99 groszy!”) upchanych w kultowej, niebieskiej torbie z poliestru?

W Polsce popyt na składane cacka w szwedzkim dizajnie nie kończy się w promieniu 30 kilometrów od sklepu Ikea. Do tego te sklepy słyną z tego, że nawet rok po zakupie można oddać dowolny towar jedynie za okazaniem paragonu. To wystarcza – obrotni Polacy postanowili ułatwić życie tym, których mierzi nie tylko stara meblościanka w salonie ale i odległość od najbliższej Ikei. Od lat kilka prężnych polskich sklepów internetowych oferuje w jednym miejscu niemal cały asortyment Ikei. Są promocje, transport gratis przy dużych zakupach i karty stałego klienta. Model biznesowy jest prosty: sklepy doliczają najczęściej około 10-15 proc. narzut na ceny z regałów Ikei. Obroty? Patrząc na statystyki odwiedzin stron e-sklepów to są to kwoty liczone w milionach złotych rocznie. Dość powiedzieć, że całkiem spory i rentowny biznes zbudował na Ikei polski Topmall, znany obecnie jako dzierżawca serwisu Merlin.pl. Topmall wysyła składane meble na Ukrainę, gdzie Ikea nie ma swoich sklepów.

To widać gołym okiem: meble Ikei są stworzone do e-handlu na masową skalę. Ergonomicznie pakowane (ważne przy transporcie), reklamowane w telewizji, w stylistyce o niebo ambitniejszej niż toporny Black Red White. Kilka miesięcy temu Ikea w Polsce zrobiła zatem pierwszy szerszy e-handlowy szpagat: uruchomiła zakupy przez telefon. To miał być szach mat dla części rynku sprzedającego meble z drugiej ręki, usługa dla kupujących z prowincji. Idea jest prosta: wybiera się najbliższy sklep, w sieci tworzy się listę zakupów i dyktuje się listę uprzejmej duszyczce z infolinii. Testowałem dzwoniąc z wioski na Pomorzu. Wyszło 250 zł za zebranie produktów i transport, z zastrzeżeniem, że dodatków kupować nie można. Tymczasem lokalny prywaciarz pozwalał przez mail/telefon zamawiać z Ikei co dusza zapragnie i kasował za całość operacji ledwie 150 zł. W cuglach wygrał konkurs ofert.

Gdy teraz słyszę zapowiedzi nowej prezes Ikei, że początkowo e-sklep tej marki również nie będzie handlował drobiazgami (a to przecież kochamy w Ikei…) to mam świadomość, że nie ma co się mądrzyć, pewnie sobie to wszystko wyliczyli. Że kanibalizm trzeba poskramiać. Z drugiej jednak strony pozostaje pewność, że polscy drobni przedsiębiorcy internetowi mają inne algorytmy w kalkulatorach. I że łatwo się wygryźć nie dadzą. Jeśli będzie taka potrzeba, to dowiozą i gorące klopsy.

Karol Jedliński
Karol Jedliński