Syzyfowa praca polskiego przedsiębiorcy. Gdzie szukać ratunku?

Wraz z nową reformą podatków i projektami dotyczącymi reformy emerytalnej, mit o Syzyfie coraz częściej zagląda w oczy polskim przedsiębiorcom. Planowane zmiany mogą nałożyć na przedsiębiorców tak duże obciążenia, że albo będą oni zmuszeni zamknąć działalność, albo będą ją kontynuować tylko po to, żeby lekką ręką oddawać państwu lwią część swoich zarobków.

złoty, pieniądze,, fot. Pixaby

Wysokie koszty pracy i uciążliwa biurokracja od dawna dają się we znaki przedsiębiorcom nad Wisłą. Ale planowane jeszcze do niedawna i w ostatniej chwili przegłosowane przez parlament przeciwnie do założeń rządu Prawa i Sprawiedliwości zmiany w systemach podatkowym i emerytalnym mogły trwale zniechęcić Polaków do prowadzenia działalności gospodarczej w kraju. Z końcem listopada przegłosowana została ustawa o kwocie wolnej od podatku, która wprowadziła podatek degresywny dla osób zarabiających od 11 do 85 528 zł rocznie i która zniosła kwotę wolną dla najlepiej zarabiających. A przypomnijmy, że kwota wolna zniknie dla osób zarabiających ponad 127 tys. zł., czyli, w przeliczeniu, niewiele ponad 10 tys. zł miesięcznie. Takie dochody spokojnie osiągają mikro i mali przedsiębiorcy, chociażby informatycy obsługujący firmy na kontraktach B2B. W chwili obecnej kwota wolna od podatku ma jednak wynosić 8 000 zł dla wszystkich bez wyjątku, choć w realiach polskich pewności mieć nie możemy. Podobnie jak w kwestii tego czy szybko nie zostanie wprowadzona jakaś nowa danina, która skutecznie kwotę tę nie zniweluje w sposób oczywiście zawoalowany.

Rząd planuje także zmusić polskich przedsiębiorców do płacenia wyższych składek emerytalnych. Oskładkowanie „najbogatszych” zapowiada istną grabież w biały dzień – rząd chce bowiem, żeby „najbogatsi” płacili odtąd składki emerytalne przez cały rok. Obecnie przedsiębiorcy przestają płacić składki po przekroczeniu w danym roku zarobków równych 30 średnim pensjom, czyli ok. 120 tys. zł brutto. Ustawodawca postanowił bowiem, że najlepiej zarabiający Polacy nie będą zmuszani do odkładania wyższych składek, ponieważ ich emerytura i tak będzie mogła wynieść max. 30-krotność przeciętnego wynagrodzenia. A próg ten został ustanowiony po to, by chronić system emerytalny przed potrzebą wypłacania w przyszłości zbyt wysokich emerytur. Teraz jednak rząd PiS chce, by przedsiębiorcy w Polsce płacili składki przez cały rok, ale żeby na starość nie mogli skorzystać z przywileju wyższej emerytury. W praktyce ma to wyglądać tak, że po przekroczeniu 30-krotności przeciętnego wynagrodzenia „najbogatsi” będą płacili specjalny, dodatkowy podatek, który nie będzie się wliczał do ich przyszłej emerytury. Trudno na to spojrzeć inaczej, niż w kategoriach grabieży w biały dzień, gdzie państwo okrada swoich obywateli, by móc sfinansować rozbuchany system pomocy społecznej znany jako „500+”.

Czy polskim przedsiębiorcom pozostaje zatem, tak jak mitycznemu Syzyfowi, toczenie biznesowego kamienia pod górę, po to tylko, żeby i tak z hukiem spadł on na ziemię? Czy po odebraniu kwoty wolnej od podatku, zwiększeniu obciążeń emerytalnych i po zapowiedziach likwidacji liniówki, przedsiębiorcom w Polsce w ogóle jeszcze opłaca się prowadzić działalność gospodarczą? Tak, ale… wtedy warto jest się zastanowić nad emigracją biznesową. Popularnym kierunkiem m.in. ze względu na bliskość geograficzną stały się Czechy, ale bardziej konkurencyjna jest z pewnością Wielka Brytania. Powszechnie wiadomo bowiem, że Zjednoczone Królestwo jest jednym z najbardziej przyjaznych podatkowo krajów na świecie – w najważniejszych rankingach UK mieści się w pierwszej 20-tce. Poza tym biurokracja jest na Wyspach ograniczona do minimum, a przedsiębiorcy cieszą się dużym zaufaniem i życzliwością urzędników. Rząd brytyjski planuje także obniżenie CIT do najniższego w Europie, aby nie tylko zatrzymać, lecz również przyciągnąć zagraniczny biznes do Zjednoczonego Królestwa, która mimo straszenia Brexitem przez Brukselę wydaje się po prostu dbać o swoje (i swoich biznesowych podatników z zagranicy) interesy. Oznacza to w praktyce, że przedsiębiorcy nie są nękani uciążliwymi kontrolami skarbowymi i że w każdej spornej sprawie mogą korzystać z domniemania niewinności (jakże to różni się od Polski, gdzie urzędnicy chcą przyłapać przedsiębiorców „na czymkolwiek”, byle tylko móc się wykazać i wypracować premie (sic!) na podstawie realizacji celu, jakim jest wykazanie wystarczającej liczby wykroczeń gospodarczych!).

W obecnym roku podatkowym kwota wolna od podatku wynosi w UK £11 000, co przy obecnym kursie (1 funt (GBP) = 5.29 złotego (PLN))  daje 58 190  zł. Przypomnę natomiast, że w Polsce planowana kwota wolna od podatku miała wynieść od 1 stycznia 2017 r. 6600 zł, z tym że dla osób zarabiających powyżej 127 tys. zniknąć ona w ogóle. Czy kwota wolna w wysokości 8 000 zł będzie obowiązywała wszystkich jeszcze czas pokaże. A dodam, że pierwszy próg podatkowy obejmuje w Wielkiej Brytanii od  £11 001  dochody do £32 000, czyli do ok. 169 000 zł, a, biorąc pod uwagę, że w Polsce obowiązek płacenia 32-proc. podatku pojawia się już przy dochodach większych niż 85.528 zł to jest to naprawdę rozsądny pułap z perspektywy polskiego przedsiębiorcy.

Ale nie tylko w tym względzie Polska wypada na tle Wielkiej Brytanii bardzo niekorzystnie. Każdego roku polski przedsiębiorca przekazuje fiskusowi blisko 2,5 razy więcej podatków niż biznesmen brytyjski, a związane z tym formalności zabierają mu, w porównaniu do Brytyjczyka, 2,5-krotnie więcej czasu. Trudno jest się więc oprzeć pokusie emigracji biznesowej na Wyspy, gdzie przedsiębiorcom nie tylko nie rzuca się biurokratycznych kłód pod nogi, ale którym pozwala się też zarobić, a administracja dba o przedsiębiorcę, który przecież tworzy gospodarkę i miejsca pracy.

Agnieszka Moryc
Agnieszka Moryc