Umowy śmieciowe za minimalnie 12 zł na godzinę. Czy to dobry pomysł?

Kodeksowa umowa o pracę jest niczym 40-letni garnitur w tym samym rozmiarze i kolorze, ale wyraźnie znoszony i wielokrotnie łatany. Nie pasuje na wszystkich i sporo ludzi zwyczajnie nie chce go nosić.

Gazele zaczęły rekrutację pracowników

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej pracuje nad wprowadzeniem minimalnej stawki godzinowej w wysokości 12 zł brutto (ok. 8,75 zł netto) dla osób zatrudnionych na umowach zlecenia, której mają wejść już od lipca 2016 roku. Równocześnie zwiększą się uprawnienia kontrolne Państwowej Inspekcji Pracy, która zyska prawo do m.in. kontroli bez zapowiedzi. Nareszcie?

Kilka informacji na początek

I. Resort pracy chce od 1 lipca 2016 roku wprowadzić minimalna stawkę godzinową wynoszącą 12 zł (8,75 zł netto). Ponadto wprowadzi nowe uprawnienia kontrolne dla Państwowej Inspekcji Pracy m.in. umożliwi kontrolę przedsiębiorców bez zapowiedzenia; w razie stwierdzenia uchybień np. zatrudniając pracowników bez umowy, inspektorzy będą mogli bezpośrednio nałożyć na przedsiębiorców kary nawet do 30 tys. zł; inspektorzy będą mogli nakazać przedsiębiorcy natychmiastową zmianę formy zatrudnienia z umowy cywilno-prawnej na umowę o pracę.

Na ten moment uprawnienia PIP-u są bardzo skromne. W końcu zapowiedziana kontrola to żadna kontrola. Grzywna do 5 tys. zł nie pełni funkcji odstraszającej dla nieuczciwego pracodawcy. Naturalnie nowe uprawnienia mogą budzić wiele wątpliwości, np. nakazanie zmiany formy zatrudnienia w przypadku stwierdzenia nadużyć z pominięciem sądu pracy. W przypadku większych uprawnień w zakresie nakładania kar istnieje niebezpieczeństwo, że inspektorzy PIP w niedalekiej przyszłości zostaną zmuszeni, podobnie jak inne służby mundurowe, do wykonywania planów. Niemniej, obecne obowiązujące rozwiązania krytykowane są przez samych inspektorów, którzy często, w przypadku stwierdzenia nadużyć, mogą tylko wzruszyć ramionami.

Od lat po sieci krąży anegdota: w lutym w hali fabrycznej popsuło się ogrzewanie i temperatura wewnątrz spadła do minus 10 stopni Celsjusza. Stan ten utrzymywał się przez tydzień, w końcu zmarznięci i zdenerwowani pracownicy, którym pracodawca nakazał pracować w tych warunkach, złożyli anonimowy donos do PIP-u. Inspektorzy przyszli parę dni później, wypisali mandat i dali pracodawcy 3 miesiące na rozwiązanie problemu.

II. Tylko na podstawie umów cywilno-prawnych pracuje ok. 1,4 mln ludzi. Największy udział pracujących na ich podstawie jest w usługach, gdzie dochodzi on do 10%. Na podstawie umów o dzieło pracuje ok. 450 tys. ludzi. Pozostali wykonują zlecenia.

III. Średnia kwota wynagrodzenia na umowie cywilno-prawnej w 2014 roku wynosiła ok. 2,8 tys. zł brutto (1,9 tys. zł netto) – opracowanie Bankier.pl. Niemniej, umowy cywilno-prawne najczęściej wykorzystywane były do omijania przepisów o minimalnym wynagrodzeniu. Średnią najprawdopodobniej zawyżają jednorazowe umowy o dzieło na stosunkowo wysokie kwoty osób, dla których nie jest to główne źródło dochodu.

IV. Co to jest umowa śmieciowa? Umowy cywilno-prawne popularnie nazywane są umowami śmieciowymi. To zbyt daleko idące uproszczenie. Z uwagi na sposób naliczania składek, tego typu kontrakty są korzystne dla osób posiadających szczególne uprawnienia na rynku pracy, np. studenci z uwagi na to, że są osobami uczącymi się nie są obciążani składkami na ubezpieczenia społeczne. W związku z tym, nawet przy o 15% niższej kwocie brutto otrzymują wyższe wynagrodzenie netto. Ponadto pracodawca nie musi za nich opłacać składek po swojej stronie. Dlatego za „umowy śmieciowe” raczej powinno uznawać się tylko te kontrakty, które zostały narzucone przez pracodawcę w celu a) pominięcia przepisów o płacy minimalnej; b) pominięcia szczególnych uprawnień pracownika wynikających z umowy o pracę np. urlop na żądanie, macierzyński, wychowawczy, ojcowski; c) przepisów o czasie pracy (w tym w trudnych warunkach) oraz w związku z niestandardowymi okresami wypowiedzenia.

Przykłady umów śmieciowych i nieśmieciowych

Pod definicję umów śmieciowych często dołączało się również umowy o pracę podpisane na długi czas określony, np. 6 lat. Pracownik zatrudniony na podstawie takiego kontraktu mógł mieć tylko dwutygodniowy okres wypowiedzenia. Od lutego 2016 roku trzy kolejne umowy o pracę na czas określony można zawrzeć w sumie na maksymalnie 33 miesiące.

Przykładowo, za umowę śmieciową można uznać umowę cywilnoprawną podpisaną z 30-latkiem któremu – z uwagi na trudną sytuację w regionie (wysokie bezrobocie) i dużą przewagę rynkową przedsiębiorcy – pracodawca-właściciel sklepu zaoferował wynagrodzenie miesięczne w kwocie 1500 zł brutto (1116 zł netto) za 168 godzin pracy w miesiącu w charakterze ekspedienta, czyli w wyznaczonym miejscu, czasie i pod nadzorem.

Przykładowo, za umowę śmieciową nie powinno uznawać się umowy o dzieło, którą osoba zatrudniona na etat w firmie X podpisze z drugą, niezależną od X firmą Y, np. za przygotowanie materiałów graficznych. Za umowę śmieciową nie powinno uznawać się także umów zlecenia, które zawiera się ze studentami studiów dziennych, bo zwykle są one dla nich korzystne. Niemniej, zwolnienie studentów od składek sprawia, że są oni bardziej konkurencyjni na rynku pracy niż absolwenci. Gdyby się dłużej nad tym zastanowić, to tak duża „ulga składkowa” jest szkodliwa dla młodych ludzi, bo obniża ich wartość rynkową względem osób uczących się.

12 zł za godzinę brutto (8,75 zł netto) – tyle ma wynieść minimalna stawka godzinowa w umowach zlecenia.

Bez znaczenia ma być okres rozliczeniowy, tzn. nie będzie miało znaczenia czy pracownik otrzymuje wynagrodzenie tygodniowo czy miesięcznie. W rezultacie, minimalna kwota wynagrodzenia ujęta w umowie zlecenia za miesiąc pracy (168 godzin) nie może być niższa od 2016 zł brutto (1471 zł netto). To więcej niż wynosi płaca minimalna, która w 2016 roku ustalona została na poziomie 1850 zł brutto (1355 zł).

W przypadku standardowej umowy zlecenia tzn. podpisaną z osobą nie będącą uczniem lub studentem, łączne minimalne koszty płacy będą o ok. 10% wyższe niż gdyby pracodawca zaoferował mu zatrudnienie na podstawie umowy o pracę z wynagrodzeniem minimalnym.

Ponadto resort pracy chce wprowadzić dodatkową uciążliwość polegającą na obowiązku dokładnego raportowania o czasie pracy – odpowiednie zestawienia będzie musiał przygotować zarówno zleceniodawca, jak i zleceniobiorca.

Innymi słowy, możliwe będzie podpisanie ze zleceniobiorcą umowy na kwotę 1200 zł pod warunkiem, że zostanie udowodnione, że nie zajęło mu to więcej niż 100 godzin. Gdy przekroczy ten czas pracy to pracodawca będzie zobligowany do wypłaty odpowiednio wyższego wynagrodzenia. Jeśli tego nie zrobi, a Inspektorzy PIP-u wykażą nieprawidłowości w czasie pracy, to będą mogli nałożyć na pracodawcę karę.

Nie oszukujmy się, nowe przepisy nie są idealne, bo ich stosowanie będzie bardzo trudne – m.in. nie wiadomo jak miałoby wyglądać prowadzenie ewidencji czasu pracy zatrudnionych na zleceniu. Jak ich kontrolować skoro „zleceniowcy” pracujący pod nadzorem, w określonym czasie i miejscu w zasadzie powinni mieć umowę o pracę?

Prawdopodobnie, w niedługim czasie, pracodawcy znajdą sposób na to by ten problem rozwiązać i zwyczajnie manipulować tą ewidencją tak, by zmieścić się w limicie 12 zł za godzinę. Nowe uprawnienia kontrolne PIP-u mają temu przeciwdziałać, ale czy Inspektorzy, którzy co roku sprawdzają raptem ok. 40 tys. umów, będą mieli zasoby na to, by zwiększyć liczbę kontroli legalności zatrudnienia?

Sprawa jest prosta – bez większego budżetu i reorganizacji pracy tej instytucji nie ma na to najmniejszych szans. Prawdziwym celem nowych regulacji jest zniechęcenie pracodawców do zawierania umów zlecenia z pracownikami – dlatego są one surowe i skomplikowane. Gdy przedsiębiorcy znajdą sposób na rozwiązanie tego węzła gordyjskiego po swojemu, nowe niemożliwe do zastosowania w praktyce przepisy mogą doprowadzić do stworzenia kolejnej patologii na rynku pracy.

Trudno też powiedzieć, co stanie się z tymi zleceniobiorcami, którzy tylko dorabiają do rent lub emerytur np. siedząc na ochronie za teoretycznie 3 zł za godzinę. Tak, można napisać, że oni psują rynek a ta stawka jest niegodziwa. Ale potencjalne bezrobocie też nie jest alternatywą.

Dlatego zgadzam się ze słowami prezesa Marka Belki, który powiedział, że polski rynek pracy nie jest zły, bo w niektórych miejscach jest bardzo elastyczny a w innych tej elastyczności brakuje, co nie zmienia faktu, że jest chory.

Chęć zmian oceniam pozytywnie. Nie mam wątpliwości do kierunku obranego przez rząd, ale nie wiem czy wybrał dobrą drogę i czy w swoim pędzie przypadkiem nie spowoduje dodatkowych zniszczeń.

W mojej opinii nie chodzi o to, by zniechęcać do umów zlecenia lub o dzieło

Ich rola w gospodarce została wypaczona z powodu zbyt dużych kosztów podatkowych umów o pracę i całkowity brak regulacji branżowych. W Polsce nie ma związku fryzjerów, który wypracowałby dla tego środowiska specjalne kontrakty z minimalną stawką dla fryzjera, innego rodzaju urlopami uwzględniającymi specyfikę branży. Nie ma związku psychologów, kelnerów, ekspedientów. Nie ma oddolnych, wspieranych przez państwo zrzeszeń, których głównym zadaniem byłoby dbanie o interes poszczególnych grup zawodowych – tak jak to działa np. w Niemczech.

W Polsce idea związków zawodowych i „izb pracowniczych” jest mocno wypaczona, co tworzy nierównowagę na rynku pracy. Dla silniejszej ekonomicznie strony tylko pozornie jest to korzystne – w końcu mamy w Polsce tylko jeden rodzaj umowy – umowę o pracę – która jest taka sama dla programisty, fryzjera, piekarza, dziennikarza, pracownika stacji benzynowej, kasjera w hipermarkecie itp.

„Kodeksowa umowa o pracę jest niczym 40-letni garnitur w tym samym rozmiarze i kolorze, ale wyraźnie znoszony i wielokrotnie łatany. Nie pasuje na wszystkich i sporo ludzi zwyczajnie nie chce go nosić”.

 

 

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak