Nad gimnazjami nie ma co płakać

Docelowo szkolnictwo w Polsce niemal odtworzy model sprzed 1999 r.

Rozpoczynający się dzisiaj rok szkolny różni się od wszystkich poprzednich w XXI wieku. Realnie wchodzi w życie wygaszanie gimnazjów, do których już nie było wiosną rekrutacji. W podstawówkach znowu są VII klasy. Docelowo szkolnictwo niemal odtworzy model sprzed 1999 r. — bazą będzie 8-letnia szkoła podstawowa, a po niej kilka ścieżek: 4-letnie liceum, 5-letnie technikum, 3-letnia szkoła branżowa I stopnia z 2-letnią II stopnia, 3-letnia szkoła specjalna przysposabiająca do pracy i szkoła policealna. Na dolnym poziomie wiekowym 6-latki pozostające w przedszkolach zostały w subwencji oświatowej zrównane z 6-latkami posłanymi do szkoły, dzięki czemu rodzice tych przedszkolnych już nie wniosą odpłatności (jedynie za wyżywienie).

Całkowicie obiektywnie, w oderwaniu od zgiełku politycznego — decyzję o likwidacji gimnazjów oceniam w tytule. Albowiem ich… utworzenie w 1999 r. było gigantycznym błędem. Spośród pamiętnych czterech reform rządu Jerzego Buzka (Akcja Wyborcza Solidarność z Unią Wolności) ta oświatowa na skali decyzyjnej bezmyślności była druga. Bezkonkurencyjny lider to odtworzenie powiatów, zamiast koniecznego umocnienia kompetencyjnego i finansowego gmin. Za sztuczność i nieefektywność aż czterostopniowego (uwzględniam najróżniejsze delegatury utrzymane w dawnych miastach wojewódzkich) podziału administracyjnego Polska już dwie dekady ponosi ogromne koszty, ale likwidacja powiatów jest politycznie nierealizowalna. Z gimnazjami poszło łatwo, albowiem poza częścią nauczycielskich związkowców tak naprawdę nikt merytorycznie ich nie bronił. Szkodliwość edukacyjna i wychowawcza sztucznego wyodrębnienia 3-letnich placówek dla uczniów w specyficznym przedziale wiekowym 14–16 lat stała się zbyt oczywista.

Najważniejsze dla rozwoju kraju wycofanie się ze straszliwego błędu systemu edukacyjnego dokonało się jednak wcześniej. Chodzi o przywrócenie obowiązkowego egzaminu maturalnego z matematyki. Jego istnienie było cywilizacyjną oczywistością w szkołach pod zaborami, okresie II RP oraz czterech dekadach PRL. Niestety, maturzyści ostatni raz rozwiązywali zadania obowiązkowo w 1984 r. Ekipa stanu wojennego, a personalnie minister Bolesław Faron, ku zadowoleniu rzesz dyletantów i leni wyrzuciła matematykę z pakietu obowiązkowego. To edukacyjne szkodnictwo trwało także w III RP, bez żadnej refleksji do końca stulecia.

Dopiero w XXI wieku walkę podjęło środowisko akademickie, przerażone poziomem wiedzy studentów.

Wydawało się, że obowiązkowa matematyka wróci razem z przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej, ale ekipa SLD — a konkretnie minister Krystyna Łybacka — nie uwzględniła jej w obowiązującej od 2005 r. tzw. nowej maturze. Temat wrócił za pierwszego rządu pod wodzą PiS, ale niechlubną rolę wstrzymywacza odegrał LPR-owski minister Roman Giertych. Kropkę nad „i” postawił dopiero ostatni PiS-owski minister Ryszard Legutko, a jego decyzję podtrzymała już w rządzie PO-PSL minister Katarzyna Hall. I dzięki temu w 2010 r. obowiązkowa matematyka wreszcie na maturę wróciła. Zasypywanie trwającej w Polsce aż 26 lat głębokiej wyrwy cywilizacyjnej potwierdziło, że naprawdę dobra zmiana w każdej dziedzinie może być tylko ponadpartyjna.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski