Strasznie fajnie być rodzicem szósto- i pierwszkolasistki

Moje starsze dziecko dotychczas w edukacji wiele rzeczy robiło jako jeden z pierwszych roczników. W wieku sześciu lat córka poszła do szkoły i przez całą podstawówkę konkurowała w większości z dziećmi o rok starszymi. Teraz jest ostatnim rocznikiem, który będzie pisać test szóstoklasisty.

A być może też ostatnim, który pójdzie do gimnazjum! Jeśli rząd zniesie gimnazja i przywróci dawny system ośmioletniej podstawówki (chociaż ostatnio sprawa przycichła, więc może jednak tak się nie stanie), będę zawdzięczała PO i PiS znakomite przygotowanie mojego dziecka do życia na coraz bardziej konkurencyjnym rynku. Lepszego nikt nigdy dzieciom nie dał.

Jeśli dzisiejsi szóstoklasiści będą ostatnim rocznikiem w trzyletnich gimnazjach, a obecni piątoklasiści ukończą osiem klas podstawówki, to za trzy i pół roku do pierwszej klasy liceum będą iść dzieci z trzech roczników: 2003 (jako siedmiolatki poszły do pierwszej klasy) i 2004 (tak jak moja córka jako sześciolatki) – po gimnazjum oraz dzieci z 2004 (które poszły do pierwszej klasy jako siedmiolatki) i 2005 (sześciolatki) – po ośmiu klasach podstawówki. To dopiero będzie ostra konkurencja o miejsce w liceum, potem na studiach, a w końcu – o pracę.

Ale moje dziecko jest zaprawione w bojach. Od mniej więcej drugiej klasy stawała do zawodów z rok starszymi dziećmi. Czasem nawet jej się udawało coś wygrać (konkurs ortograficzny, zawdzięcza to pani, która ją uczyła w I klasie i swoim rodzicom – bo sprezentowali jej młodszą o pięć lat siostrę, więc musiała sama wieczorami czytać, no dobra, sobie samej to zawdzięcza, bo faktycznie czytała), w konkurencjach sportowych wygrywała raczej z dziećmi w swoim wieku, a ze starszymi częściej odpadała (choć dobrze pływa, jej czas był zawsze gorszy od czasów wyższych o głowę dziewczynek).

Dziś trzeba umieć walczyć i przegrywać. To naprawdę nie te czasy, kiedy ja chodziłam do podstawówki. Wtedy dostać się do liceum było naprawdę prosto. Znaleźć pracę – też. Dlatego naprawdę świetnie, że cały system edukacji właśnie jest wywracany do góry nogami. Zniknie egzamin szóstoklasisty, który dopiero rok temu nabrał ostatecznego sensownego kształtu (do polskiego i matematyki doszedł angielski). Ale jeszcze w tym roku szczęściarze z szóstych klas będą musieli go zdawać i walczyć o przyjęcie do gimnazjum według dość skomplikowanego systemu przyznającego punkty za oceny ze świadectwa i z egzaminu (niektóre gimnazja wyżej punktują wyniki z matematyki, inne z polskiego). Potem – jak PiS da – być może staną do bezprecedensowej konkurencji dzieci z trzech roczników o miejsca w liceach. Dzieci, które to przetrwają, będą tak twarde, że nic ich nie ruszy.

Moja druga córka to z kolei ostatni rocznik sześciolatków, które poszły do pierwszej klasy. Chociaż nie będzie aż tak wyćwiczona, jak starsza – odpadnie jej stres związany z egzaminem szóstoklasisty i być może gimnazjum, pocieszam się, że przynajmniej potrenuje sobie konkurowanie z rok starszymi dziećmi, których w równoległych klasach jest większość. Sześciolatki, którym rodzice w ubiegłym roku załatwili przedłużenie dzieciństwa, nigdy nie zaznają konkurencji. No, i zobaczymy, kto znajdzie lepszą pracę za 20 lat!

PS. Mam prawo tak pisać, bo poszłam rok wcześniej do szkoły

Małgorzata Grzegorczyk
Małgorzata Grzegorczyk