Komu podarowano polskich kredytobiorców?

Podpisana zaledwie kilka dni temu ustawa o kredycie hipotecznym. Ustawa jakkolwiek nowa, może już niedługo wywoływać spore kontrowersje.

Dotyczyć to może na przykład art. 6 ust. 1. mówiącego o tym, że: „Kredyt hipoteczny może zostać udzielony wyłącznie w walucie lub być indeksowany do waluty, w której konsument uzyskuje większość swoich dochodów lub posiada większość środków finansowych lub innych aktywów wycenianych w walucie udzielenia kredytu hipotecznego lub walucie, do której kredyt hipoteczny jest indeksowany.” To jest właśnie sławetny zakaz udzielania kredytów walutowych w sytuacji, gdy ma się dochody i majątek w złotych. Czyż jednak od etapu projektowania nie była to norma dysfunkcyjna, która w przypadku wdrożenia srodze upośledzi nasz krajowy rynek kredytów hipotecznych? To pytanie nie daje nam w fundacji spokoju. Uważamy bowiem, że przepis ten może doprowadzić do eksportu części kredytowego rynku hipotecznego, pozwalając zagranicą Polski budować rynki finansowe państw ościennych. Zastanówmy się – zastrzegając od razu, że nie zamierzamy namawiać do łamania polskiego prawa, wyrażamy w tym miejscu jedynie swoje wątpliwości – dociekając komu to nasz regulator podarował polskich klientów.

Jak grał rynek?

Wartość zawartych umów kredytowych (w segmencie kredytów mieszkaniowych) wg. raportu AMRON-SARFiN (stan na luty 2017) wynosiła 9,780 mld zł. Zatem jest to wielkość dość znaczna, by pokusić się o „przetestowanie” zakazu wynikającego z art. 6 ustawy. Wiemy też, że zdecydowanie kredyty w walucie macierzystej są dla konsumenta bardziej opłacalne w sytuacji niskiej (bądź zerowej) inflacji oraz niskich (względnie, ujemnych) stóp procentowych. Gdy jedna z tych miar bądź obie zaczynają rosnąć konsumenci zaczynają wybierać kredyty walutowe. I dzieje się tak aż do naturalnego nasycenia rynku, czyli wyczerpania prostych rezerw wspomagających popyt na kredyt. Ważnym w takiej sytuacji są, tzw. oczekiwania inflacyjne konsumentów.

Do 2004 r. kursy głównych par walut miały tendencję stopniowego, zrównoważonego wzrostu powodując spokojne nasycanie się rynku kredytowego kredytami walutowymi. W tamtym okresie nastąpiła zmiana w obrębie głównej waluty kredytu obecnej na rynku, bowiem dolar zaczął być coraz bardziej wypierany przez euro oraz franka szwajcarskiego. W późniejszych latach euro stał się dominującą pod względem zarówno ilościowym jak i wartościowym walutą kredytu walutowego. Z tym, że dostępne badania wskazują, że jest to raczej podstawowa waluta kredytu walutowego w segmencie kredytów konsumpcyjnych. W segmencie natomiast kredytów mieszkaniowych (hipotecznych) przez kilka lat królował frank szwajcarski. W 2004 r. nastąpiło zerwanie kotwicy i złoty wpadł w niespełna czteroletnią aprecjację wobec głównych walut. Konsumenci, uznając, że kurs walutowy nie może być niższy przeorientowali radykalnie popyt w kierunku kredytów walutowych, sądząc, że nabywają nieruchomości po relatywnie atrakcyjniejszych cenach niż gdyby czynili to biorąc kredyty złotówkowe. Polska będąc zobowiązana do przyjęcia euro, jak się spodziewano, po jego przyjęciu miała wejść na trwałą ścieżkę wzrostu gospodarczego. Rzeczywistość jednak nieco zweryfikowała te przewidywania.

Popyt na kredyty walutowe przyczynił się do wzrostu popytu na dane rodzaje walut, prowadząc tym samym do narastającej deprecjacji waluty krajowej. Działo się to dwu fazowo (faza I, obejmująca lata 2007-2011, okres gwałtownej deprecjacji i 2011-2016, okres spowolnionej deprecjacji złotego). Należy przy tym zauważyć, że wolumen kredytów walutowych miał siłą inercji tendencję do kumulowania się do roku 2015. Wspomagane to było radykalnie obniżającymi się oczekiwaniami inflacyjnymi konsumentów, jak również rządowymi programami subwencjonowania budownictwa mieszkaniowego. Na początku 2015 r. przyszło załamanie w zakresie oczekiwań inflacyjnych oraz wiary w stabilność franka szwajcarskiego. Skutkiem tego kredyty walutowe zaczęły być coraz mniej popularne.

Czy regulator poszedł w poprzek?

Tymczasem akurat wtedy, kiedy konsumenci zaczęli wykazywać coraz silniejszy odwrót od kredytów walutowych, wraz z wycofywaniem ich z oferty przez banki, rząd podjął pracę nad implementacją dyrektywy, tzw. „hipotecznej”, którą ta ustawa wdraża. Ma ona znaczenie dla rynku wewnętrznego. Cechą charakterystyczną dla tego obszaru jest m.in. swoboda zawierania umów przez nierezydentów na terenie państw członkowskich (tzw. bierny wymiar swobody świadczenia usług). Inna cecha to możliwość prowadzenia działalności na terenie całej UE, tak w sferze swobody zakładania przedsiębiorstw jak i czynnego świadczenia usług. Polega to z grubsza na tym, że na podstawie norm unijnych określa się minimalne wymogi ostrożnościowe prowadzenia działalności i uznaje, iż pozostałe jurysdykcje będą ich aktywnie wymagać od swoich przedsiębiorców. Z paszportyzacji korzysta cała sfera usług finansowych, kiedy dla rozpoczęcia działalności w państwie goszczącym wystarczy wykonać obowiązek powiadomienia (notyfikacji) swojego organu nadzoru o zamiarze wykonywania działalności gospodarczej na terenie innego państwa członkowskiego, pod warunkiem, że w państwie macierzystym jest się regulowanym i nadzorowanym. Tak m.in. stanowi właśnie art. 68 ust. 1 ww. ustawy.

Co musi wówczas zrobić zagraniczny pośrednik kredytu hipotecznego (zobaczmy, że wcale nie musi to być bank zagraniczny), by móc prowadzić w Polsce działalność w zakresie udzielania tych kredytów? Ano wyłącznie powiadomić o tym swoją macierzystą KNF i odczekać dwa miesiące od czasu, kiedy polska Komisja otrzyma od tamtej informacje o: firmie podmiotu, a także adresu na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, pod którym będzie możliwe uzyskanie dokumentów dotyczących jego działalności; firmie oraz adresu głównego miejsca wykonywania działalności podmiotu w macierzystym państwie członkowskim oraz firmie (nazwie) kredytodawców, na rzecz których działa pośrednik kredytu hipotecznego. Czy jest tu mowa o jakimkolwiek zezwoleniu na działalność na terenie Polski, a szczególnie wydawanego przez polską Komisję? Nie ma i w świetle prawa UE być nie może. Jedynie co taki transgraniczny pośrednik kredytu hipotecznego musi zapewnić to, to żeby jego personel odbył szkolenie zakończone egzaminem, a tak w zasadzie to trochę większą klasówką w systemie 35 poprawnych odpowiedzi zaliczających na 50 możliwych. I to też wówczas, gdy prowadzi on działalność przez oddział. A jak prowadzi nie przez oddział lecz transgranicznie w formie przedstawicielstwa? Bo przecież istnieje fundamentalna różnica pomiędzy jednym a drugim. Przedstawicielstwo, to może być na przykład biuro informacyjno-promocyjne, działające w formie zależnej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. W istocie również jest tak, że polska ustawa nic nie mówi o tym, by podmiot prowadzący działalność transgraniczną lub poprzez oddział musiał również w Polsce wykonywać obowiązek rejestracyjny na innych zasadach niż ogólne.

Wiemy też, iż jakiekolwiek produkty kredytowe oferowane przez podmioty mające swoje siedziby poza granicami Polski mogą być przez polskich konsumentów legalnie nabywane w tych państwach w których zaoferowano je do sprzedaży. I w istocie tak było, jeśli chodzi o kredyty walutowe banków mających swoje centrale poza granicami Polski, które swoimi kanałami dystrybuowały dla klienta polskiego swoje (w rozumieniu państwa polskiego – „obce”) produkty.

Zamiast konkluzji – pytania pod rozwagę.

Mając na względzie powyższą okoliczność, a także i to, że w obrębie UE obowiązuje zasada swobodnego przemieszczania się osób oraz świadczenia usług bez obecności handlowej, jak również i kwestię domicylu ważności umowy zawartej w zależności od miejsca jej zawarcia, stawiamy pytanie o skuteczność egzekucji art. 6 ust. 1 ustawy o kredycie hipotecznym. Jako fundacja troszcząca się o bezpieczeństwo finansowe Polaków również pytamy, czy polski regulator przewidział możliwość pojawienia się tzw. „turystyki kredytowej” Polaków, poszukujących nieopodal Polski atrakcyjnych ofert kredytowych w walutach obcych zdalnie dedykowanych do polskich konsumentów, np. poprzez Internet. Dopuszczamy bowiem możliwość zaistnienia czegoś takiego, tym bardziej gdy polscy konsumenci wskutek działania zakazu, o którym wspomnieliśmy na wstępie, uznają wybór takiego rozwiązania jako zawierającego w sobie relatywnie niższy koszt alternatywny niż wybór kredytów złotowych. Jesteśmy prawie pewni, że pośrednicy przeprowadzając właściwą kalkulację oparliby ją na korzyściach zakresu a nie korzyściach skali.

Właściwie można się spytać także o inną, równie istotną kwestię. Mianowicie, nie jesteśmy pewni, czy regulator narzucając powyższy zakaz, mogący wywołać częściowy „eksport” popytu na kredyty hipoteczne, dobrze obliczył, ile sam organ nadzoru może na tym stracić. Art. 75 ust. 1 ustawy stanowi, że pośrednicy kredytu hipotecznego są obowiązani do wnoszenia wpłat na pokrycie kosztów nadzoru w kwocie nieprzekraczającej 0,3% sumy przychodów z działalności pośrednictwa kredytu hipotecznego. No dobrze, ale co w związku z tym, jeśli część tych przychodów jest generowana poza granicami Polski, mając na względzie zamieszkałego w Polsce polskiego klienta zarówno zarabiającego jak i posiadającego majątek w złotych? Przypuszczalnie wówczas, gdy działający w Polsce Dom Finansowy Smart Money sp. z o.o. jest powiązany kapitałowo lub organizacyjnie z Finanzhaus Smart Money Gmbh, z tym że ten pierwszy w Polsce udziela relatywnie mniej atrakcyjne kredyty złotowe, natomiast ten za granicą całą paletę kredytów walutowych. Jako że fundacji na sercu leży stabilność systemu finansowego, i przez to również bezpieczeństwo ekonomiczne i finansowe instytucji wchodzących w skład, tzw. „sieci bezpieczeństwa finansowego”, to wyrażamy w tym miejscu wątpliwość czy ów eksport segmentu atrakcyjniejszych kredytów walutowych nie odbyłby się z uszczerbkiem dla wpłat na pokrycie kosztów polskiego nadzoru agregowanych przez pośredników kredytowych.

W zasadzie też można się również zastanowić, czy otwierająca się wskutek wprowadzonego zakazu możliwość świadczenia takich usług transgranicznych, dla niektórych graczy może stać się przesłanką dla relokacji poza granice Polski części swojej linii biznesowej, połączonej z drastyczną restrukturyzacją finansowo-kadrową w polskich placówkach. To zaś mogłoby zoptymalizować koszty i pozyskać środki niezbędne do prowadzenia działalności transgranicznej, wkalkulowując ryzyko z nią związane z w interchange świadczonych usług.

Uważamy bowiem powyższe pytania za zasadne, wziąwszy pod uwagę to, że zaczynają pojawiać się sygnały o stopniowym wycofywaniu się z polityki zerowych (bądź ujemnych) stóp procentowych, jak również coraz częściej pojawiające się zwiastuny luzowania inflacyjnego. Zaś prędzej lub później pojawi się rzesza polskich klientów, zarabiających w złotych i w tej walucie posiadających swój majątek, którzy poszukiwać będą alternatywy dla kredytów złotowych. A jesteśmy tego absolutnie pewni, że takową alternatywę znajdą.

Na sam koniec jesteśmy również zdania, że w Polsce powinna odbyć się nagłośniona branżowa konferencja na temat dysfunkcyjności powyższej ustawy, organizowana przez instytucje i organizacje, posiadające mandat dany im przez branże i reprezentujące zarówno polskie jak i zagraniczne korporacje działające na tym rynku. Jako, że w toku różnych międzyorganizacyjnych kontaktów nasza fundacja jest raczej nierozpoznawalna jako partner, stąd też nie podejmujemy się organizacji takiej konferencji. Chętnie natomiast się na niej pojawimy, jako słuchacz, by od znacznie bardziej doświadczonych od nas ekspertów (posiadających szczególnie środowiskowy placet) usłyszeć ich zdanie na temat właśnie dysfunkcyjności tej ustawy. Zapewniamy, że będzie to dla nas wiedza całkowicie bezcenna i pouczająca, zgodnie z jednym z celów naszej fundacji, tj. badaniami nad pośrednictwem finansowym. Szczególnie w kontekście, tzw. shadow banking i consumer finance.

Marcin Daniecki
Marcin Daniecki