Niekumaci finansowo

„Jeśli dziś oprocentowanie pożyczki wynosi 6% a wczoraj wynosiło 5%, to wzrosło o 1%”. Prawda? Nie – ponieważ wzrosło o jeden punkt procentowy. Różnica jest zasadnicza: wzrost o 1% oznaczałby, że dziś oprocentowanie wynosiłoby zaledwie 5,05%. Jednak kiedy to pytanie zadaliśmy ponad 1000 Polaków, prawie 60% odpowiedziało: „prawda”. W innym krajowym badaniu (BIK i Fundacja Kronenberga 2014) było to nawet ponad 90%.

 

Szkodliwe społecznie

Taki wynik świadczy o tym, że pod względem orientacji w sprawach finansowych – bo nie chodzi tylko o wiedzę – jesteśmy trochę troglodytami (boję się użyć słowa „analfabeta”). Można machnąć ręką, ignorując sprawę z powodu „małej szkodliwości społecznej”. A jednak szkoda może być duża – zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i zbiorowym. Parę przykładów na potwierdzenie: wartość roszczeń wobec Amber Gold – ok. 600 mln zł, suma zobowiązań z tytułu kredytów frankowych, których klienci – przynajmniej niektórzy –  nie wiedzieli, że ich kwota może wzrosnąć aż tak bardzo –167 mld zł, całkowita wartość kontrowersyjnych polisolokat – ok. 55 mld zł. Mógłbym nawet zaryzykować stwierdzenie z rozmachem, że koszty finansowej ignorancji są znacznie większe, bo to koszty kryzysu takiego, jak ten ostatni. Gdyby decyzje gospodarstw domowych odnośnie kredytów hipotecznych były podejmowane w oparciu o solidną wiedzę ekonomiczną, byłyby trafniejsze, a kryzys – mniejszy.

 

Nie chcem, ale muszem

Nasze finansowe niezorientowanie będzie wystawiane na coraz większą próbę. Coraz częściej mówi się o finansjalizacji – zjawisku świadczącym o nieproporcjonalnym rozroście (czyli przeroście) sfery finansowej. Mówiąc prosto, czy tego chcemy, czy nie – jesteśmy skazani na udział w rynku finansowym, zwłaszcza przy gwałtownie przyspieszającej digitalizacji. Nie wszyscy Polacy zauważyli, że czasy się zmieniły – okres, kiedy to państwo decydowało za nas, przeminął z wiatrem. Ci, którzy mentalnie nie nadążyli za tą zmianą, mają problem z wzięciem odpowiedzialności za własne finansowe powodzenie. Już niedługo może się natomiast okazać, że umiejętność radzenia sobie ze sprawami finansowymi jest tak potrzebna jak umiejętność obsługi komputera.

 

Mniej niż zero

Zobaczmy, jaką cenzurkę wystawiają badania naszym finansowym kompetencjom. Na początku trzeba wyjaśnić, co się tak naprawdę bada. Chętnie użyłbym tu potocznego języka i powiedział – tak jak w tytule – że bada się to, czy jesteśmy finansowo kumaci. Żadne inne słowo nie pasuje równie dobrze do badanego zjawiska, ponieważ naukowcy często podchodzą do rzeczy kompleksowo: badają nie tylko wiedzę finansową, ale także umiejętności, postawy, zachowania, a zaczynają nawet od świadomości. Tak robi się na przykład w badaniach OECD.

A teraz do rzeczy. Wyniki badań mogą martwić. Dla przykładu: w badaniu, od którego zacząłem ten artykuł (reprezentatywna próba 1004 dorosłych Polaków, szczegóły dostępne tu: http://mrso.pl/raport.html) wykorzystaliśmy test składający się z 12 pytań. Jego rezultaty można mierzyć na różne sposoby. Najprostszy jest taki, że za każdą poprawną odpowiedź przyznajemy jeden punkt, a za każdą niepoprawną – odejmujemy jeden punkt. Indywidualne wyniki rozkładają się zatem na skali od minus 12 punktów do plus 12. I tak, średni wynik dla całej badanej próby wyniósł -1,22, przy podobnej medianie (inne, bardziej wyrafinowane miary finansowych kompetencji dały podobne rezultaty). Dwunastu punktów nie zdobył nikt, choć minus dwanaście – owszem, zdarzało się. Podobnie jest na całym świecie, choć z analizy porównawczej wynika, że i pod tym względem mamy trochę do nadrobienia w stosunku do Zachodu (np. badania ING 2013).

 

Stres i nuda

Są też inne ciekawe obserwacje. Choć mamy braki w finansowej orientacji, to uważamy, że jest inaczej. Wyraźnie przeszacowujemy własne możliwości w tej dziedzinie – jednoznacznie wyszło to w naszych (i nie tylko) badaniach, w których prosiliśmy o subiektywną ocenę własnego zorientowania w sprawach finansowych. Takie rozwarcie nożyc poznawczych – z jednej strony mało wiemy, ale z drugiej wydaje nam się, że wiemy dużo – to wyjątkowo niepokojące zjawisko, ponieważ może skłaniać do podejmowania decyzji tam, gdzie – ze względu na brak podstaw – nie powinniśmy ich podejmować. Dalej, z innych badań (BIK i Fundacja Kronenberga) wynika, że takie decyzje – zwłaszcza kredytowe –  to dla nas mimo wszystko duży stres. Podskórnie czujemy, że wybieramy z opaską na oczach. Nie tylko my. Swego czasu poruszyły mnie doniesienia z Kanady, gdzie badacze ustalili, że podjęcie decyzji inwestycyjnej jest bardziej stresogenne niż wizyta u dentysty. Może gdybyśmy nie uważali spraw finansowych za śmiertelnie nudne – co także wyszło w badaniach – chętniej i żwawiej zabralibyśmy się za własną edukację w tej dziedzinie i tym samym oszczędzili sobie nerwów.

 

Edukacja popłaca

Z badań wynika też, że bardziej kompetentni finansowo są ci, którzy uczestniczą w rynku finansowym: są ubankowieni, mają kredyty albo pożyczki, samodzielnie oszczędzają na emeryturę, nie mówiąc już o inwestowaniu na giełdzie. Co więcej, uczestniczą w nim z sukcesami. To ważne, choć nie ma całkowitej zgody co do kierunku relacji przyczynowo skutkowej. Być może jest tak, że finansowa fachowość bierze się z doświadczenia: uczymy się na żywym organizmie, na własnych sukcesach i porażkach. Każdy kolejny produkt finansowy sprawia, że stajemy się bardziej wyrafinowani, jeśli chodzi o orientację na tym rynku. Jeśli wektor jest odwrotny, to jeszcze lepiej, ponieważ świadczy to o tym, że edukacja finansowa popłaca: awans w tej dziedzinie to wyższe stopy zwrotu, tańsze kredyty, które wybieramy, większy kapitał emerytalny, który nam się odkłada, mniejsze prawdopodobieństwo uwikłania się w toksyczne oferty finansowe (np. parabanków czy piramid finansowych). Wyszło to w wielu badaniach. Nie czekajmy zatem na rządowe programy – edukujmy się sami, co w erze Internetu nic nie kosztuje.

Andrzej Cwynar
Andrzej Cwynar