Projekty pomocy Frankowcom – tak nie da się uniknąć katastrofy

FOT. Bloomberg

FOT. Bloomberg

Do sejmowej komisji finansów trafiły właśnie projekty trzech ustaw, które mają na trzy różne sposoby ulżyć Frankowcom – osobom zadłużonym w CHF. Do dalszych prac przechodzi tzw. ustawa spreadowa, z inicjatywy Prezydenta Andrzeja Dudy, oraz dwa osobne projekty zgłoszone przez Kukiz 15 i Platformę Obywatelską. Wszystkie pomysły, chociaż zapewne szlachetne w intencjach, mogą jednak przynieść więcej złego niż dobrego.

Trzy dżiny na pomoc Frankowcom

Każdy ze zgłoszonych projektów ustaw niesie duże zagrożenia. Są jak dżiny z butelki i sięga się po nie lekkomyślnie, bez analizy skutków, ani bez planu ponownego zamknięcia raz wypuszczonego mocarnego, ale niekontrolowanego stwora. No, ale mają one motywy polityczne, które rzadko kiedy przynoszą optymalne rozwiązania.

Pomysł Kukiz 15

Projekt Kukiz 15 zakłada:

  1. zakaz udzielania kredytów walutowych na przyszłość
  2. przewalutowanie kredytów na złotowe w tył – ustalenie ich równowartości w PLN w momencie udzielenia oraz korektę obecnego zadłużenia (in minus, albo in plus) w zależności od tego, czy klient nadpłacił, czy niedopłacił w stosunku do równoważnego kredytu w złotych
  3. szeroki dostęp Frankowców do tej pomocy

Projekt ten jest zgłoszony przez Kukiz 15, ale pochodzi od organizacji walczących w imieniu Frankowców. Stąd też, jest najbardziej radykalny, a przez to mało prawdopodobny do ostatecznego wejścia w życie.

Gdyby taka ustawa przeszła, oznaczałaby nie tylko dewastację systemu bankowego (a później budżetu państwa, który ratowałby banki), ale przede wszystkim ruinę podstaw systemu prawa. Prawa, które nie działa wstecz i zabezpiecza trwałość umów pomiędzy dorosłymi podmiotami.

Projekt Kukiz 15 byłby też doskonałym testem morale albo IQ dla Frankowców. Musieliby (-śmy) zadać sobie proste pytanie: Jeżeli NAPRAWDĘ uważasz, że Ci się należy przewalutowanie kredytu frankowego bo kurs CHF wrósł – a nie chciałeś przewalutowania kiedy kurs (i oprocentowanie) franków był niski – to znaczy, że tego morale albo IQ masz ewidentnie deficyt.

Ta idea jest tak niekonstytucyjna, naiwna i kosztowna, że nie wejdzie w życie. Ale może sprowokować wiele ciekawych wtrąceń do projektu, który będzie ostatecznie uchwalony.

Projekt PO

Projekt PO jest odgrzanym i nieco przerobionym pomysłem tej partii z poprzedniego roku.

Zakłada on:

  1. przewalutowanie kredytów walutowych na złote teraz
  2. podział straty netto (tego, co narosło w zadłużeniu minus korzyści z niższego oprocentowania w stosunku do ekwiwalentnego kredytu w PLN) pomiędzy bank i klienta
  3. restrykcje w dostępie do tej ścieżki – pomoc miałaby być ograniczona powierzchnią mieszkań i stopniem udziału zadłużenia (kredytu) w wartości zabezpieczenia (nieruchomości)

Pomysł Platformy cechuje się większą odpowiedzialnością za finanse państwa oraz, co zaskakujące, świadczy o mocnych socjalnych pierwiastkach w pomysłach tej liberalnej partii. Ale czego się nie robi, kiedy chce się zaistnieć na scenie zdominowanej przez populistów.

Robi się nawet to, co teraz wydaje się rozsądne i troskliwe, a nie przychodziło do głowy przez lata począwszy od 2008 r., kiedy Platforma zaczynała rządzić (z PSL), a na świecie zaczynał się kryzys, który wymazał z pamięci kurs franka na poziomie 2 zł…

Projekt PO, chociaż dużo bardziej zrównoważony niż zgłoszony przez partię Kukiza, ma od niego jeszcze mniejsze szanse powodzenia. Tylko dlatego, że jest z PO.

Przyjęcie ustawy PO stanęłoby w gardle posłom PIS. W końcu to zwykły temat, dotyczący obcych ludzi, nic tak jednoczącego wszystkich bez wyjątku posłów, jak podwyżka diet, czy kwoty wolnej od podatku parlamentarzystów.

Ustawa spreadowa (anty antyspreadowa?;)

Prezydent Andrzej Duda w kwestii pomocy dla Frankowców jest zakładnikiem obietnic składanych w kampanii wyborczej, kiedy walczył o najwyższy urząd w Polsce. To wówczas padły brzemienne słowa odnoszące się do ew. przewalutowania kredytów „I niech nikt nie mówi, że się nie da! Bo to się da zrobić” (było też chyba coś o ew. dymisji, gdyby się jednak nie udało;), nieważne, nikt przecież nie traktuje aż tak poważnie deklaracji kandydujących polityków).

Projekt prezydencki mocno się różni od dwóch przedstawionych wyżej, obejmuje on wyłącznie zwrot spreadów bankowych, pobranych do sierpnia 2011 r., kiedy weszła ustawa antyspreadowa (podpisana przed poprzedniego prezydenta, Bronisława Komorowskiego). W rzeczy samej, tamta ustawa – antyspreadowa, dała (jak na razie) najwięcej Frankowcom i nie tylko im, bo generalnie stworzyła precedens (dzisiaj już oswojony), że banki można jednak ograniczać w ich nieograniczonych zapędach.

Wracając do pomysłu urzędującego prezydenta, szacuje się (Kancelaria Prezydenta, NBP, KNF), że koszty tego projektu wyniosą od 3,6 do 9,3 mld zł. Bez względu na ostateczny wynik, jedni (pomysłodawcy) uważają, że będzie to „ogromna ulga” dla Frankowców, drudzy (obciążone kosztem banki) straszą „destabilizacją sektora bankowego”. W rzeczywistości nie będzie ani tak, ani tak.

Gdzie są wady i ryzyka projektu Prezydenta

Frankowcy nie odczują efektów ustawy spreadowej jako ulgi, jedynie jako chwilowy (i średnio znacznie niższy niż marketingowe „kilkadziesiąt tysięcy zł”) zastrzyk gotówki. Banki też się nie przewrócą, przede wszystkim dlatego, że poszukają rekompensaty w innych obszarach.

Paradoksalnie, projekt prezydencki jest pomysłem najgorszym. Nie tylko dlatego, że ma największe szanse powodzenia – ze wsparciem PISu, zaplecza Andrzeja Dudy, zostanie raczej wprowadzony w życie.

Przede wszystkim, wersja Prezydenta Dudy łamie zasadę niedziałania prawa wstecz. Projekt zakłada zwrot spreadów, które, chociaż były zdzierstwem, były jednak zdzierstwem legalnym. Zasadniczym postulatem tego projektu jest, że „banki muszą zwrócić spready bo były one bezprawne”. Ale jakie w rzeczywistości są prawne argumenty dla tej chwytliwej tezy (poza dostrzeganą złością społeczną oraz irytującą praktyką banków obciążających haraczem wszystko, co się rusza)? Mamy tu siostrzaną analogię – ustawę antylichwiarską. Weszła, ukróciła, ale czy działała wstecz, czy kazała oddać nieludzki haracz z przeszłości?

Pomysłodawcy ustawy spreadowej stosują przy tych „bezprawnych spreadach” ciekawy relatywizm: spready były nielegalne, ale tylko te ponad 0,5%. Czyli: złodziej ukradł w sklepie 4 pary skarpet, ale jedną może sobie zostawić…

Największą wadą projektu prezydenckiego, poza aberracją w systemie prawa, jest to, że nie rozwiązuje on rzeczywistego problemu – ekspozycji na ryzyko walutowe. Co z tego, że Frankowiec dostanie zwrot na waciki (na 2-3 raty), kiedy nadal jego dług pozostanie we frankach, które mogą skoczyć (odpukać) na 5, czy 6 zł? Uchwali się znowu jakiś ochłap, bo… kredyty walutowe były jeszcze bardziej niesympatyczne?

Idąc dalej, czy jak Zmywakowcy (pracujący w UK), którym Brexit zabrał już 25% dochodów, wrócą i zaczną palić opony, to też przejdą podobne projekty ustaw? Nie? Bo? Będą przecież mieć (już mają!) takie same argumenty jak Frankowcy. A chichot czarnego humoru jest taki, że mamy tu kumulację – duża część Zmywakowców, pojechała do UK, żeby zarobić na kredyt frankowy…

Nie wypuszczajcie dżinów!

Wszystkie trzy projekty ustaw pomocowych dla Frankowców płyną na fali populizmu i są demoralizujące. Uczą, że krzykiem buduje się sprawiedliwość. Podobnie jak PIS na zarzut PO o nepotyzm ma jeden, jedyny argument: „wy też tak robiliście”, tak samo Frankowcy mówią: „pomóżcie nam jak pomagacie górnikom”. Ale co mają robić logicznie myślący ludzie widząc, że to działa?

Szlachetna i pożyteczna walka Frankowców

Od 2008 r., kiedy rozpoczął się ostatni kryzys światowy oraz gwałtowny wzrost kursu franka, narasta ruch wspomożenia Frankowców.  Sprawy nabrały dodatkowej dynamiki po czarnym czwartku 15 stycznia 2015 r., szczególnie, że reszta 2015 r. roku upłynęła nam w oparach kampanii wyborczych.

W warunkach połączonych: saletry i cukru (gdzie saletrą było realne, palące nieszczęście Frankowców, a cukrem – najsłodsze serce kandydatów na prezydenta i parlamentarzystów), wręcz eksplodowały ruchy obrony i samoobrony frankowców.

Wszystko ok, Frankowcy są ewidentnie słabszą stroną niż banki, które nie tylko w tej sprawie mają wiele za uszami.

Dobrze, że pokrzywdzeni się konsolidują, wspierają i walczą. Ich też należy wspierać i trzymać kciuki, kiedy toczą słuszną walkę o:

  • niwelację klauzul abuzywnych? Słusznie!
  • przestrzeganie przez banki niewygodnych dla nich zapisów umów? Bardzo słusznie!
  • możliwość (na przyszłość) oddawania kluczy od nieruchomości i wypisania się z kredytu. Bardzo, bardzo słusznie! I tak zresztą „powinno być w każdym banku” od samego początku – wówczas bank ponosiłby ryzyko oceny nieruchomości, na którą udziela kredytu hipotecznego, co chyba jest ideą hipoteki, czy nie?

i ryzyko jednego ciosu za daleko

Wymienione punkt wyżej obszary i cele są słuszne i trzeba o nie walczyć. Ale w ferworze walki łatwo posunąć się za daleko. W przypływie animuszu można wyrządzić więcej szkody niż pożytku. A na pewno wszystkim (także Frankowcom) bliskie są ważne, trwałe wartości, których (mimo wszystko) nie warto naruszać efekciarskimi ruchami.

Zwłaszcza politycy powinni wykazywać się odpowiedzialnością, szanować Państwo i jego prawne i moralne podstawy. Tylko, czy to jest dzisiaj możliwe? Kiedy dla wielu polityków życie i misja na ziemi składają się z „politycznych zagrywek”.

Czego tak naprawdę potrzebują Frankowcy

Spójrzmy na sprawę Frankowców realnie.

Aby franki tak nie ciążyły

Dzisiaj najbardziej prawdopodobne jest, że zadłużeni w CHF dostaną lekarstwo na otyłość rodem z tygodnika tv. Ale, tak jak weekend w spa nie rozwiąże problemu otyłości, tak zwrot części spreadów nie będzie antidotum na ogromne zadłużenie w obcej walucie.

Jeżeli chcesz zrzucić skutecznie wagę, musisz się przygotować na miesiące i lata zmiany trybu życia na zdrowy. Tu nic nie stanie się szybko ani łatwo (chociaż wielu szarlatanów skutecznie sprzedaje inną drogę!).

Zanim o tym, co trzeba zrobić aby na trwałe zrzucić ciężar franków, zakładając że szybkie przewalutowanie po kursach sprzed 2008 r. nie jest możliwe (tak samo jak nie cofniemy się do naszej nastoletniej figury) parę słów o tym, co nie jest dobre dla Frankowców. Otóż nie jest dla nich dobre…:

Byle jakie przewalutowanie kredytów frankowych na złote

Tak, to prawda, że przewalutowanie jest każdym manifeście organizacji walczącej o dobro Frankowców.

Ale ani im (Frankowcom) ani tym drugim (organizacjom) – jakby mocno by nie krzyczeli i jak dużo farby nie zmarnowali na transparenty – nie chodzi o to, żeby  kredyty w CHF dzisiaj zamienić na kredyty w PLN. Przynajmniej nie z „zaksięgowaniem straty kursowej” i nie na te kredyty złotowe, co są dzisiaj oprocentowane na poziomie 3,5-4,0%, podczas gdy od tych złych frankowych płaci się teraz 0-1% ;).

Frankowcy oczywiście chcieliby dziś mieć przycisk „cofnij edycję” i mądrzejsi o historię ostatnich 10-ciu lat (2006-2016) pewnie nie zaciągnęliby kredytów w CHF. Ale tak naprawdę chodzi ich organizacjom aby cokolwiek polepszyć swój (czasem dramatyczny) los, do czego przewalutowanie kredytów w CHF (na dobrych warunkach) jest środkiem.

Środkiem, albo półśrodkiem… Wystarczy bowiem zadać sobie pytania:

  1. Pytanie wsteczne (złośliwe): Dlaczego nikt nie chciał przewalutowywać kredytów walutowych przed 2008 r. ? Kredyty istniały, miały takie same umowy, istnieli banksterzy i ich niecne triki, a wszystkim jakoś pasowała ówczesna patologia.
  2. Pytanie przyszłościowe (konstruktywne): Co zrobimy (wszyscy) jeśli kredyty zostaną jakimś cudem przewalutowane ogromnym wysiłkiem (budżetowym) dzielnego narodu, Frankowcy staną się dumnymi Złotówkowcami, płacącymi 5-10 razy wyższe odsetki. A wtedy… kurs CHF wróci do…. powiedzmy, okrągłych: 2,4011345 zł. Hmm, hipotetycznie, a jakże. Ale można być pewnym, że żądania Frankowców (byłych!) tym razem re-walutowania kredytów staną się w takiej sytuacji jeszcze bardziej REALNE niż są dzisiejsze oczekiwania przewalutowania.

Dochodzimy zatem do sedna. Tego, co może nas na trwałe, nie na weekend, odchudzić z franków. Tego, co rozwiązuje wszystkie problemy: pechowych Frankowców, ale także pazernych banków, gołosłownych polityków, wszystkich. Dochodzimy do terapii, która nie jest łatwa, bo jest efektem zmian w trybie (gospodarczego) życia, ale jest terapią, która działa skutecznie. Terapią tą jest… tadam…:

Niski kurs CHF/PLN, i tyle

Gdyby dzisiaj, za sprawą magicznej sztuczki (albo wielkiej manipulacji na rynku forex-;), kurs CHF/PLN wrócił poniżej 3 złotych wszystkie problemy Frankowców oraz inwencja polityków zwyczajnie by wyparowały.

No, dobra. Fajnie. Łatwo się mówi. Ale co zrobić żeby kurs franka spadł, kiedy nie mamy magicznej różdżki? Ani zasobów, żeby przeprowadzić udaną, trwałą interwencję forex na parze CHF/PLN? Ta ewentualna interwencja jest chyba nawet mniej realna niż numer z różdżką, skoro osłabienie franka nie udało się nawet szwajcarskiemu bankowi centralnemu, który musiał jedynie zapewnić: prąd, drukarki i papier banknotowy, a wszystko i tak wyszło 15.01.015 psu na budę…

Mimo wszystko niższy kurs franka jest możliwy! Chociaż nie jest to łatwe.

Jeszcze byłoby przepięknie, jeszcze byłoby normalnie…

Niższy kurs franka jest możliwy do osiągnięcia. Kluczem do tego jest… tak: droższy złoty. Aby to uzyskać, trzeba, wg teorii ekonomii, przede wszystkim:

-mieć wyższe stopy procentowe – mamy, ale mocniejsze są pozostałe czynniki;

-mieć mocniejszą gospodarkę, oraz to najważniejsze;

-mieć mocniejsze perspektywy tej gospodarki i tym samym perspektywy i kurs narodowej waluty.

Ustawą sejmową można prawie wszystko. Kwestia kosztu (w pieniądzu i wiarygodności). Ale może dużo lepiej postarać się o lepszy stan i perspektywy gospodarki.

Jak skutecznie wzmocnić kurs waluty

Warto przede wszystkim postawić na zdrowy wzrost gospodarczy oraz uczciwe Państwo, które wspiera przedsiębiorców i pracujących najemnie.

Państwo, które wspiera biznes, ale tak naprawdę wspiera. Nie tylko tych, którym dopłaca za spektakularne inwestycje w specjalnych strefach ekonomicznych. Wspiera tych, którzy ostatnie rodzinne pieniądze są w stanie zainwestować w mało spektakularny, za to dochodowy osiedlowy warzywniak. Tych, którzy nie potrzebują żadnych zachęt. Wystarczy żeby im nie przeszkadzać. I wystarczy zabierać 19%. Za to zabierać przez pokolenia, a nie dostawać 0% i to do kolejnego shiftu abroad montowni, czy centrum outsourcingu.

Zero tolerancji dla autodestrukcji

Państwo, które się rozwija bogaci się, a jego waluta umacnia do innych walut. Takie Państwo nie może też niweczyć dotychczasowych osiągnięć.

Nie może koniunkturalnie rozgrywać „zagrywkami politycznymi” jednych grup przeciwko drugim.

Dobre Państwo nie skupia się wyłącznie na marketingu politycznym (w którym klasyczne 4 P: product, price, placement, provisioning zastępuje się presentation prepared in power point), żeby tylko lud to kupił, przynajmniej do następnych wyborów.

Trzeba też trochę więcej myśleć i przewidywać

Na przykład, zakładając że obecny rząd ma dobre intencje, po co drze koty z agencjami ratingowymi (wojenki z Trybunałem Konstytucyjnym itd.)? Ile to już kosztuje w droższym długu?

Po co obecnie rządzący wrzucają w eter gorące ziemniaki w rodzaju likwidacji liniowego podatku dla małych firm? Skoro nawet, kiedy nic z tych zmian podatkowych nie wyjdzie, parę procent firm wyniesie się (już się do tego przygotowało!) za granicę, bo zainspirowane poczytały i wyczytały, że tam jest taniej i łatwiej.

Fraza „firma w Czechach” robi dzisiaj furorę w Google Trends. Wystarczy sprawdzić, że dzieje się to od kiedy szef KERM w „sprytny” sposób wysondował opinię publiczną rzucając temat „sprawiedliwszego” opodatkowania w jednym z wywiadów.

Skoro już przy firmach czeskich, można też sprawdzić jak zachowuje się do franka korona, a jak złoty. Otóż, frank od minimum w sierpniu 2008 r., kiedy kosztował 1,97 zł, umocnił się do złotego do piątku 21 października 2016 r. o 103%. Dokładnie w tym samym czasie do korony CHF umocnił się o 72%. Chcielibyśmy i my takich strat kursowych, jak korona bo wówczas frank kosztowałby 3,38 zł.

Aha, w Czechach problem kredytów frankowych w ogóle nie zaistniał, bo w czasie ich polskiego boomu stopy procentowe w Czechach były na tyle niskie, że nie warto było podejmować dodatkowego ryzyka.

Make money not inside war

Jak już jesteśmy przy tej czeskiej analogii, to jeszcze jedna rzecz. Czesi, delikatnie mówiąc, nie są narodem miłującym wojnę. Może moglibyśmy, przynajmniej w czasie pokoju;), trochę tutaj od nich podpatrzeć? Może, zamiast – wobec braku wroga zewnętrznego (oby na zawsze!) – walczyć sami ze sobą moglibyśmy się skupić się na rozwoju biznesu i robieniu pieniędzy? Tak najszybciej wzmocnimy wartość naszej waluty, a osłabimy franka.

Tylko, czy polscy politycy, rozkochani w wojnach, wojenkach oraz grach mają tutaj z nami wspólny interes?

To pisałem ja, Frankowiec.

Marcin Borek