Gotówka to nie obciach

Jeszcze 10 lat temu hasło trzymania pewnego procenta swoich oszczędności (o ile oczywiście takimi dysponujemy) pod ręką, a inaczej poza obiegiem oficjalnym, nie dość, że brzmiało zaściankowo to jeszcze kłóciło się z poprawnością ekonomiczną obywatela kraju aspirującego.  Dzisiaj bogatsi doświadczeniem pożaru systemu bankowego w USA po upadku Lehmana, zdziwieni kolejną odsłoną nieporadności jego odpowiednika w Europie Zachodniej (nie wspominając pomniejszych przykładów Islandii i Cypru) lub – wybiegając w przyszłość – straszeni konsekwencjami BREXITu, ideę trzymania przy sobie ilości odpowiednich środków gwarantujących przetrwanie w sytuacjach awaryjnych przyjmujemy, mam wrażenie, z większym zrozumieniem.

Biznesowa Polska B dostanie pomoc 2

Po 2008 roku inwestorzy musieli nauczyć się żyć w środowisku podwyższonej zmienności. Darując sobie żonglowanie liczbami ujmę to obrazowo – przejście od stanu euforii do paniki zajmuje nam zdecydowanie krótszy okres czasu. Pozostajemy bez przerwy w stanie pobudzenia mimo, iż ceny ryzykownych aktywów rosną – przykład SP500 jest adekwatny, wzrosty ciągną się od 2009 roku. A zatem, mimo, iż desperacja banków centralnych sięga zenitu uprawniającego moje przekonanie o dalszych wzrostach cen ryzykownych aktywów i to mimo piętrzących się czynników ryzyka to jednak im bardziej zaawansowany trend wzrostowy tym bardziej będziemy zbliżać się ku nieuniknionemu, kolejnemu wybuchowi. Czy na miarę 2000 roku, czy może 2008? A być może czegoś na miarę gorszego, bowiem następnemu krachowi będzie towarzyszyć przeświadczenie o niewydolności polityki monetarnej i fiskalnej. Już teraz po wprowadzeniu NIRP (negative interest rate policy), globalnej wojny walutowej, po części również handlowej (sankcje, ograniczenia w przepływie towarów) w arsenale banków centralnych pozostał jedynie jak się wydaje QE skierowany bezpośrednio do konsumentów. Pominięcie pośrednika, jakim jest system bankowy będzie skutkować tym, co można określić jako Helicopter Money czyli zrzutem pieniędzy bezpośrednio do kieszeni podatnika.

Nad całością unosi się dodatkowo przeświadczenie o zabarwieniu decyzji ekonomicznych czystą polityką i partykularnymi interesami. Czyż FED nie jest już dzisiaj de facto globalnym bankiem centralnym. Czy decyzje ECB czy też Banku Japonii są niezależne? Czym kieruje się Rezerwa Federalna wstrzymując się z decyzją dot. podwyższenia stopy referencyjnej, gdy inflacja bazowa osiągnęła 2,3%, wzrost gospodarczy 2,0-2,5%, a stopa bezrobocia spadła poniżej 5%. Czy USA stawia sobie za cel tempo PKB na poziomie krajów EM, czy też celem jest gospodarka o pełnym zatrudnieniu jak w gospodarce socjalistycznej. Czy na przeszkodzie stoją wybory prezydenckie, czy też stworzenie pozorów zjednoczonych międzykontynentalnych problemów dla odpowiedniej atmosfery do podpisania TTIP.  Szczypta ironii, ale wracam do clue. Wydaje się, że bieżąca polityka monetarna nie ma pomysłu długoterminowego, sprawia wrażenie zasypywania pojawiających się problemów ad hoc. A skoro tak, to istnieje ryzyko, iż podejmowane działania doprowadzą do przestrzelenia zakładanych celów.

W takiej sytuacji wspomniane środki w kieszeni każdego podatnika nie podlegają dyskusji. Kwestią jest ich postać i tutaj złoto wydaje się roztropnym rozwiązaniem. Pytanie, czy bezpiecznym?

W Polsce reforma walutowa z 1950 roku zakazywała posiadania walut obcych, złotych monet, złota i platyny, a jej bolesne konsekwencje wspominane były nawet przy projektach denominacji PLN w 1995 roku. Czy jednak wyeliminowała ona nieformalny obrót złotem i walutami w PRL – oczywiście nie.

W historii USA mieliśmy do czynienia z konfiskatą złota obywateli w 1933 roku będącego wyrazem bezradności wobec problemów deflacyjnych po krachu z początku XX wieku.  Celem prawdopodobnie była wtedy chęć dewaluacji dolara i wyrwanie kraju z deflacji. Dzisiaj dewaluacji dokonuje się o wiele prościej, a to na skutek rozłączenia powiązania złota i pieniądza papierowego. Jednak sama groźba konfiskaty zawsze istnieje. Testowanie technologicznej innowacji Bitcoina każe zastanowić się nad planami rezygnacji z obrotu gotówkowego.   Podobnie jednak jak nieskuteczność aktu Roosvelta z 1933 roku (nie zebrano zakładanych ilości złota od obywateli) czy zakazów reformy walutowej w Polsce z 1950 r. tak i tym razem owa skuteczność mogłaby być pozorna. Każdy najszczelniejszy nawet nowy system potrzebuje wszak odpowietrzników, które będą regulowały ciśnienie, a takim w nowym systemie obrotu pieniężnego mógłby być nieformalny obrót złotem.  Można zatem zakładać, że ewentualne działania mające uszczelniać nowy system obrotu pieniężnego zostawią furtkę, ergo nie będą przestrzegane ściśle.

Idąc dalej wydaje się zatem, że w jakiej ekstremalnej sytuacji byśmy się nie znaleźli odrobina złotych monet w kieszeni inwestora zawsze znajdzie swoje usprawiedliwienie zarówno tezauryzacyjne jak i psychologiczne. Oczywiście mówię tu o fizycznym kruszcu, a nie o ETFach czy depozytach w jakiś sposób powiązanych z cenami złota. Złoto uznawane jest za walor chroniący przed inflacją, a w środowisku deflacyjnym samo staje się jedyną wartościową walutą pośród dewaluowanych innych walut obciążanych negatywną stopą procentową lub płacących oprocentowanie bliskie 0.  Przysłowiowa świnka (przypominam – pięciorublówka bita w złocie) w portfelu to poczucie, że chociaż część naszych możliwości nabywczych nie będzie uzależniona bezpośrednio od decyzji politycznych i nie podda się drukarskim prasom.   Na szczęście ciągle jesteśmy w sytuacji, kiedy możemy tylko domniemywać, że to na wszelki wypadek… Co najwyżej wszyscy zostaniemy numizmatykami :)

Wojciech Łaciak
Wojciech Łaciak