Nie bójmy się mówić

Jest to może wina naszych niezwalczonych kompleksów, ale my Polacy bardzo się przejmujemy tym, co myślą o nas inwestorzy zagraniczni. Tymczasem ważniejsi są ludzie tu, na miejscu.

Fot. ARC

W swojej działalności gospodarczej działam na dwóch frontach. Z jednej strony rozwijam  szereg średniej wielkości firm. Z drugiej – dla wsparcia tego rozwoju pozyskuję środki ze strony światowych instytucji finansowych.

To może trochę zaskakujące, ale z tymi inwestorami nie jest jeszcze najgorzej. Co prawda w tym roku po raz pierwszy pojawiły się bardzo szczegółowe pytania o ryzyko polityczne. Z konieczności jestem ambasadorem dobrej zmiany i tłumaczę, że najgorsza jest głupia retoryka władzy – a fundamenty gospodarki są silne. Że po prostu trzeba unikać inwestycji w obszarach szczególnego zainteresowania państwa, aby nie wpadać w pułapkę repolonizacji i nadmiernej regulacji.

O ile jeszcze wiosną moje wyjaśnienia traktowane były z pewnym niedowierzaniem, to dzisiaj obserwuję pełne rezygnacji zrozumienie. Otóż cały świat ma swoich proroków dobrej zmiany. W Stanach boją się Trumpa, w Wielkiej Brytanii zafundowano sobie brexit. Nie wiadomo, co po Merkel, czy pojawi się Le Pen. Szokuje Turcja, rozczarowuje Brazylia, spowalniają Chiny.  Tak jak poprzednio – jeśli w Polsce pojawi się problem, to przyjdzie on z zewnątrz.  Nie będziemy już co prawda zieloną wyspą, ale nasze problemy będą częścią większej układanki.  Dlatego przy nadpodaży pieniędzy na świecie i poszukiwaniu dywersyfikacji – ciągle można znaleźć pieniądze na projekty w Polsce.

To może wina naszych niezwalczonych kompleksów, ale  bardzo się przejmujemy tym, co myślą o nas inwestorzy zagraniczni. A tymczasem decydujące jest to, jak sytuację oceniają inwestorzy tu, na miejscu. Jak będą dobre warunki dla przedsiębiorczości, to i my tu na miejscu się rozwiniemy i nasz przykład przyciągnie zagranicę.

A warunki dla przedsiębiorczości się pogarszają. Najgorsza jest niepewność, możliwość drastycznej zmiany zasad i warunków dla każdej branży i w każdej chwili. Niepokoi rosnąca rola państwa w gospodarce, nie tylko w formie umacniania monopoli państwowych czeboli, ale także ukryte pod hasłami wspierania innowacji i eksportu – zapowiedzi protekcjonizmu,  arbitralne wybieranie wspieranych branż, rynków i konkretnych firm. Wreszcie populistyczne podejście do walki z szarą strefą i wyłudzeniami VAT stwarza  zagrożenie dla firm, ale także osobiste zagrożenie dla przedsiębiorców w niespotykanej skali.

Jako przedsiębiorca oczekuję od państwa, że walcząc z szarą strefą zapewni mi uczciwe warunki konkurowania na rynku. Bo nie mam szans z tym konkurentem, który płaci pod stołem pracownikom, nie przestrzega norm, ucieka z podatkami.

Walka z szarą strefą w wykonaniu populistów jest jednak hamulcem rozwoju, bo przede wszystkim uderza w uczciwych przedsiębiorców. Klasycznym przykładem jest wprowadzenie solidarnej odpowiedzialności za VAT w całym łańcuchu dostaw.  Jeśli w tym łańcuchu jest np.  importer, dystrybutor, hurtownia i sieć handlowa – to w przypadku podejrzenia wyłudzenia, aparat skarbowy nie idzie do winnego, tylko tam gdzie najłatwiej i gdzie jest gotówka na koncie. Dodam, że taki delikwent nie ma praktycznych możliwości sprawdzenia, że gdzieś po drodze któryś z jego kontrahentów był nieuczciwy.

Zasada rozszerzonej konfiskaty pozwala z kolei  zabrać firmę właścicielowi, kiedy bez jego wiedzy przestępstwa dokonuje jego pracownik.
Generalnie przedsiębiorca pozbawiany jest ochrony z zasad, które przysługują mordercom i gwałcicielom – a więc domniemania niewinności i rozstrzygania na jego korzyść nieścisłości dowodowych.  Przyjęta z wielkim przytupem zasada in dubio pro tributario nie działa, bo jej zastosowanie wymagałoby wątpliwości, które naszej władzy (uczciwie dodam – nie tylko obecnej władzy) z definicji są obce.

Aby pokazać skalę swojej determinacji, nasi szeryfowie prześcigają się w propozycjach podwyższania sankcji. Za handel w niedzielę kara więzienia identyczna, jak za produkcję dziecięcej pornografii. Za wyłudzenia VAT – 25 lat, tyle co za morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. Mieliśmy już w naszym kraju władzę, która karała śmiercią za przestępstwa gospodarcze, jak np. wykonane wyroki w aferze mięsnej.

Dzisiaj za wyłudzenia VAT też można być skazanym na więzienie, do 5 lat.  Z dostępnych danych wynika, że nikt z tego paragrafu nie siedzi, a jedyny skazujący wyrok w tej sprawie był w zawieszeniu. Może więc zamiast podwyższania sankcji, uczyńmy je najpierw realnymi do zastosowania?

W przeciwieństwie do prawników, którzy in gremio wypowiedzieli się na temat łamania prawa  – środowisko ekonomistów i przedsiębiorców kluczy. Słychać głosy, że diagnoza władzy jest „w zasadzie” dobra, narzędzia trzeba może co prawda poprawić, ale  poczekajmy na konkretne propozycje. Tymczasem sama diagnoza jest zła – oparta na założeniu, ze integracja z Europą stała się za szybko i na niesprawiedliwych warunkach; że nie potrzebujemy inwestorów – bo mamy „lepszy” (bo polski) kapitał i nie chcemy pracować dla „obcych”; że rozsadnikiem postępu i innowacji będą państwowe czebole.

Jeśli bym powiedział, że wszyscy powinniśmy być piękni, zdrowi i bogaci – to byłby to pusty banał. Ale jeśli powiem, że Polacy zasługują na więcej, że gdyby nie zagraniczny kapitał i nieuczciwi przedsiębiorcy , gdyby nie egoizm opozycji– wszyscy bylibyśmy piękni, zdrowi i bogaci, to ten populistyczny, pseudo-patriotyczny sos nadaje potrawie smak, na który daje się nabrać wielu komentatorów, od prawicy po lewicę.

I wtedy już nie przeszkadza, że mówiąc o inwestycjach – skupiamy się na rozdawnictwie; że mamy niewiarygodne źródła finansowania bajkowych celów (jak choćby podbicie kosmosu czy samochody elektryczne); że uciekając z pułapki średniego rozwoju – właśnie spowalniamy naszą gospodarkę.

I wszystko to dobywa się bez żadnych konsultacji. Piotr Duda zezwolił na zmarginalizowanie Rady Dialogu Społecznego, a Andrzej Duda powołał niemą Narodową Radę Rozwoju. Bo po co nam rady, skoro cała mądrość jak kiedyś skupiona jest w biurze politycznym. A tam nie przeszkadza, że ekspertem od gospodarki jest historyk z wykształcenia, a od ochrony środowiska – z zamiłowania drwal.

Nasze środowisko zdaje się liczyć, że to szaleństwo da się przeczekać. Że Mateusz Morawiecki będzie sobie jeździł po kraju i świecie ze swoją prezentacją, a życie pójdzie swoją drogą. Że z nową władzą da się jakoś ułożyć. Że co prawda będą jakieś igrzyska, ale może nie padnie na mnie.

Jest taka stara anegdota sprzed lat, jak to na pustyni stu żołnierzy ucieka przed jednym żołnierzem obcej armii. Jeden z uciekających z niedowierzaniem pyta się drugiego: dlaczego my w zasadzie uciekamy, nas jest stu, a on jeden? I słyszy: a wiesz, od którego z nas zacznie?

Więc trzeba siedzieć cicho, aby nie być tym pierwszym, tym pokazowym dla środowiska przykładzie możliwości władzy. Taka postawa źle świadczy o stanie naszej demokracji, ale także bardzo źle świadczy o nas samych.

Mamy do czynienia nie ze sporem prawnym, czy doktrynalną dyskusją teoretyków ekonomii. To spór cywilizacyjny. Czy jesteśmy częścią świata zachodniego, co było naszą aspiracją od pokoleń, z demokracją, rządami prawa i wolnym rynkiem.  Czy w imię źle rozumianego patriotyzmu i podlizywania się najgorszym instynktom  – wracamy na ziemię niczyją, bredząc o własnej (kiedyś mówiło się o niej: trzecia) drodze.

W tym sporze nie można nastawić się na przeczekanie, bo strategia na przeczekanie to zła strategia. Teraz musimy  dać świadectwo prawdzie i wykorzystać czas do najbliższych wyborów, aby przygotować się do porządków.

Jakie jest świadectwo prawdy? Choćby przypomnienie kilku podstawowych zasad:

– dobrobyt buduje się pracą, a nie rozdawnictwem socjalnym i przywilejami,
– Polska dla swojego rozwoju i bezpieczeństwa bardziej potrzebuje Europy, niż Europa Polski. Musimy umacniać, a nie osłabiać integrację europejską,
– nie da się opierać rozwoju demokratycznego państwa  na państwowych czebolach. Państwo ma regulować, a nie bezpośrednio uczestniczyć w gospodarce,
-po latach tłustych przychodzą lata chude, nie można zadłużać się w okresie koniunktury pozbawiając się tej możliwości, kiedy rzeczywiście zajdzie taka potrzeba,
-plan Morawieckiego jest mrzonką, która ma przykryć bieżącą politykę, w której Rząd jest zakładnikiem nieodpowiedzialnych obietnic wyborczych.
A jak wykorzystać ten czas? Podobno nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.  Funduje nam się szok, który może ułatwić pójście do przodu szybciej, niż były na to gotowe poprzednie rządy.

Choćby w takich obszarach:

– kontynuowanie polityki pro-rodzinnej wymaga rezygnacji z branżowych przywilejów emerytalnych i wspierania nierentownych branż,
– system sprawiedliwości, ochrona zdrowia i edukacja – wymagają kompleksowych, przemyślanych reform, nad którymi trzeba pracować już teraz nie czekając na wybory,
– trzeba zapewnić przewidywalność otoczenia regulacyjnego w gospodarce, a następnie zdjąć z przedsiębiorców narosły latami balast biurokratycznych ograniczeń,
– trzeba dokończyć prywatyzację, wstrzymywaną przez kolejne ekipy dla zaspokojenia chciwości żądnych łupów partyjnych zwolenników,
– trzeba przywrócić korpus służby cywilnej i uwolnić administrację, także wojsko i służby, od partyjnego szaleństwa dobrej zmiany każdej nowej władzy.

Czy jest sens i potrzeba takiej rozmowy?

Ryszard Wojtkowski
Ryszard Wojtkowski