Wolty regionów UE nie wytrzyma

Losy CETA to dowód tezy postawionej w powyższym tytule.

Fot. Nathan Keirn from Kadena-Cho, Japan (NAK_2421.jpg; to the Commons uploaded by odder) [CC BY-SA 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0)], via Wikimedia Commons

Odłożenie podpisania przez Unię Europejską wynegocjowanej w 2014 r. umowy CETA (Comprehensive Economic and Trade Agreement) z Kanadą nie jest polityczną niespodzianką, ponieważ im bliżej było ceremonii zaplanowanej na 27 października — tym mocniej nagłaśniano wątki negatywne. Po naszej stronie Atlantyku największy sprzeciw zarówno konsumentów, jak też drobnego biznesu wywołuje zagrożenie Europy napływem zmodyfikowanej żywności oraz przesadne umocowanie tzw. sądów inwestycyjnych, umożliwiające ponadnarodowym korporacjom obchodzenie systemów prawnych poszczególnych państw. W minionym miesiącu meandrom CETA poświęciłem pięć komentarzy, tytuł otwierający ten cykl przypominam poniżej.

Zwiastunem losów CETA było nieosiągnięcie porozumienia przez ministrów ds. handlu. Można jednak było liczyć, że szczyt Rady Europejskiej (RE) w miniony piątek przełamie opory. W końcu to szefowie państw i rządów przez kilka lat akceptowali negocjacje Komisji Europejskiej z Kanadą, a ich finał przyjęli z aplauzem. Skład RE personalnie się od tamtego czasu zmienił, ale zasadą jest przecież decyzyjna ciągłość. Dlatego przewodniczący Donald Tusk już w ogródku witał się z gąską, ponieważ wynegocjował akceptację wszystkich prezydentów/premierów — w tym Theresy May, która do czasu odejścia Zjednoczonego Królestwa ma pełne prawo głosu. Pozostał tylko drobny problem — Charles Michel jako federalny premier Belgii opowiedział się jak najbardziej za, ale zarazem zakomunikował, że ma ręce konstytucyjnie związane niezgodą regionalnego parlamentu Walonii. Przypomnę, że Królestwo Belgii jest zlepkiem dwóch wspólnot: niderlandzkojęzycznej, większej i bogatszej Flandrii oraz francuskojęzycznej, mniejszej i biedniejszej Walonii. Stołeczna Bruksela stanowi wydzielony region dwujęzyczny, teoretycznie gwarantujący flamandzko-walońską równowagę. Frankofoni jednak czują się generalnie pokrzywdzeni, a w ostatnich latach — szczególnie zagrożeni gospodarczą globalizacją.

Bruksela królewska wysłała zatem do Brukseli unijnej sygnał fatalny dla jedności wspólnoty. Osiąganie na szczytach RE porozumień w składzie 28 (będzie 27, ale kiedyś może znowu więcej) państw to rozwiązywanie przez przewodniczącego — czyli poprzednio Hermana Van Rompuya, a obecnie Donalda Tuska — politycznej kwadratury koła. Ojcowie traktatów w najczarniejszych snach nie wyobrażali sobie jednak, że liczba podmiotów, które w najważniejszych sprawach muszą podjąć decyzję jednogłośnie, będzie rosła do… czterdziestu czy nawet więcej. Rzecz jasna wszystko zależy od przepisów wewnętrznych, Belgia upodmiotowiła swoje trzy regiony w 1963 r. Ale trudno sobie wyobrazić, że np. Niemcy dają głos decyzyjny na poziomie UE szesnastu landom, Austria — swoim dziewięciu, a Hiszpania — siedemnastu wspólnotom autonomicznym (w tym Katalonii). Losy CETA to dowód tezy postawionej w powyższym tytule. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski