Badanie opinii za 100 milionów

Prezydent planuje całkowicie pozakonstytucyjne prereferendum konsultacyjne, dotyczące nie konkretnych przepisów, lecz zaledwie ich kierunków.

Władcy państwa stopniowo oswajają społeczeństwo z perspektywą, że wypadające w niedzielę 11 listopada 2018 r. wyjątkowe, jubileuszowe Narodowe Święto Niepodległości zepsują zamiarem posłania elektoratu do lokali referendalnych.

Autorski pomysł prezydenta Andrzeja Dudy początkowo wydawał się abstrakcją, ale niestety już zaczyna funkcjonować jako kalendarzowy pewnik. W decyzyjnych realiach obecnej Polski jedyną instancją, która ową terminową niedorzeczność mogłaby zastopować, jest prezes Jarosław Kaczyński, ale na razie wygodnie umywa ręce.

Notabene najwyższe organy władzy nie potrafią nawet ujednolicić… nazwy wielkiego jubileuszu. Rada Ministrów podjęła 8 listopada 2016 r. uchwałę w sprawie „obchodów Stulecia Odzyskania Niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej” oraz ustanowiła pełnomocnika rządu z tak zapisanymi zadaniami. Znacznie później, 7 kwietnia 2017 r., uchwalona została ustawa o „Narodowych Obchodach Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej”. Tej wersji jubileuszu trzyma się prezydent, który zgodnie z nią określił przedmiot działania ustanowionego wczoraj własnego pełnomocnika. Że obchody ustawowo-prezydenckie mają być „narodowe”, rządowe zaś bezprzymiotnikowe — to pikuś. Ekipa rządowa wsadziła się na znacznie poważniejszą minę językową. Za moich szkolnych czasów za bezmyślne napisanie „stulecie odzyskania” dostawało się pałę, bo był to błąd logiczny — formy prawidłowe to „setna rocznica odzyskania” (odniesienie do wydarzenia sprzed wieku) lub „stulecie niepodległości” (do zjawiska trwającego przez wiek). Skoro jednak tzw. dobra zmiana obala np. wszelkie kanony w obszarze prawa, to oczywiście może i normy językowe. Zdumiewa jednak niespójność uchwały i rozporządzenia Rady Ministrów z ustawą. Co prawda jest ona późniejsza, ale dla zwykłego uporządkowania terminologii konieczna jest nowelizacja wersji rządowej.

Powyższy akapit obrazuje niepojęty bałagan wewnątrz tej samej ekipy, ale dotyczy zjawiska marginalnego.

Dla przyszłości Rzeczypospolitej Polskiej niemarginalna jest natomiast sama koncepcja prezydenckiego referendum konstytucyjnego, abstrahując nawet od jego fatalnej daty. Andrzej Duda zapowiada zadanie aż… kilkunastu pytań. A przecież percepcja przeciętnego wyborcy wytrzymuje zrozumienie i jakie-takie sensowne odpowiedzenie na najwyżej pięć, sześć. Na macierzystym osiedlu od obalenia komuny już 30 (słownie: trzydzieści) razy przewodniczyłem obwodowej komisji wyborczej/referendalnej. Przez lata poczyniłem przy tej okazji setki obserwacji socjologiczno-praktycznych, jak przygotowanie głosującego i proces myślowy w jego głowie przekłada się na stawianie krzyżyków w kratkach.

Poza niemożliwą do przyswojenia przez elektorat liczbą pytań już teraz wisi nad referendum grzech znacznie cięższy. Prezydent opiera się na art. 125 Konstytucji RP, ale w swoim zwyczaju dokonuje „dudyzacji” jej norm — otóż całkowicie pomija próg frekwencyjny! Przepis mówi, że „Jeżeli w referendum ogólnokrajowym wzięło udział więcej niż połowa uprawnionych do głosowania, wynik jest wiążący”. To przyszłoroczne ma jednak przyjąć całkowicie pozakonstytucyjną formę prereferendum konsultacyjnego, dotyczącego nie konkretnych przepisów, lecz zaledwie ich kierunków. A zatem każda frekwencja okaże się… wystarczająca, nawet np. nędzne 20 proc. W praktyce będzie to po prostu badanie opinii, kosztujące budżet mniej więcej tyle, ile zapisane w tytule.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski