Bezwonny morderca. Zwiastun burzy

Zmniejszenie emisji dwutlenku węgla jest jednym z celów Unii Europejskiej. Równocześnie jest to olbrzymie zagrożenie dla naszej gospodarki, bo polska energetyka węglem stoi. Słusznie boimy się nowych regulacji w kwestii ograniczenia emisji CO2. To temat trudny, ale właśnie od niego zależy nasza przyszłość.

Dwutlenek węgla jest niewidocznym bezwonnym gazem, który niczym niewidzialny wróg środowiska prowadzi nas w kierunku katastrofy ekologicznej – tak wynika z badań części naukowców, którzy od lat twierdzą, że im wyższe stężenie tego gazu w atmosferze tym bliżej nam do epoki lodowcowej, nieodwracalnych zmian klimatycznych, zatopienia Holandii i  małych wysp na Pacyfiku. Z drugiej strony mamy naukowców, którzy uparcie przekonują, że ludzie mają taki wpływ na klimat jak ukąszenie komara na kondycję słonia.

Pod tym linkiem ciekawostka z Eurostatu. Okazuje się, że należymy do siódemki największych trucicieli, ale nawet wtedy mamy dwa razy mniejszą produkcję CO2 od Niemców. (Zastanawiam się na ile mocno powiązane jest zmniejszenie produkcji dwutlenku węgla z rzeczywistą kondycją gospodarczą danego kraju).

Fakt jest taki, że USA, Chiny, Rosja i Indie, czyli najwięksi truciciele, nie stawiają sobie tak restrykcyjnych ograniczeń w kwestii emisji CO2. To stawia pod znakiem zapytania sens ekonomiczny takich działań, bo wyższe koszty produkcji energii prowadzą do zmniejszenia konkurencyjności europejskiej gospodarki względem sąsiadów nie mających tak moralnego podejścia do ekologii. Innymi słowy, Europa próbuje być świętsza od papieża i może za to zapłacić.

Limity to podatek ekologiczny

Sens takiego działania jest wątpliwy ekonomicznie, ale nie budzi zastrzeżeń etycznych – to argument za świeceniem przykładem dla innych państw i wywieranie nacisku na nie, by również same się ograniczały. Otwarte pozostaje pytanie, czy UE ma na tyle silny wpływ na politykę innych mocarstw, by przekonać je do samo opodatkowania na rzecz środowiska? Bo limity na produkcję CO2 to nic innego jak wyznaczenie granicy po, której przekroczeniu należy zapłacić karę – datek, który zwiększy koszty,  a jednocześnie zostanie przeznaczony na inwestycje w „zieloną energię”.  Motywuje i straszy do działania.

Ta ogólnie nie ma przeciwników, chociaż zdarzają się radykałowie, którzy obawiają się o szumy powietrzne i ptaki przegrywające nierówną walkę z wiatrakami. Zielona energia to nie tylko farmy wiatrowe, ale również ogniwa słoneczne, elektrownie termalne, itp., Nie wszędzie można stosować te wynalazki i w zależności od szerokości i długości geograficznej, klimatu i powierzchni kraju – pewne sposoby pozyskiwania energii w zielony sposób są mniej lub bardziej efektywne, a już na pewno zróżnicowane cenowo.

Chcemy czystej energii, ale nie za taką cenę

I o to w tej całej zabawie chodzi – wszyscy woleliby by świat produkował prąd i energię w czysty sposób, ale nie każdego na to stać. Koszty tego przedsięwzięcia są niewyobrażalnie wielkie (rezygnacja z węgla na wstępie kosztowałaby nas ok. 200 mld zł – tylko zastąpienie elektrowni w Bełchatowie wymagałoby postawienie wiatraków w liczbie ponad 10 tys. sztuk. Szacowany koszt takiej zabawy to minimum 30 mld zł, a trzeba jeszcze doliczyć upadek kopalń, itp.). Zrozumiała jest teza zwolenników ograniczenia emisji CO2 – bez kary finansowej nie da się nikogo zachęcić do zrezygnowania z najtańszych i jednocześnie najbardziej szkodliwych (dla klimatu, niekoniecznie dla środowiska, bo wiatraki to mordercy nietoperzy i ptactwa) form pozyskiwania energii.Teza ta towarzyszy wszystkim szczytom klimatycznym nieprzerwanie od lat.

Zatem co nam pozostaje – albo płacić za CO2 albo wydawać miliardy na filtry i technologie magazynowania gazów cieplarnianych. Na elektrownie atomową możemy się nie doczekać.

Na ekologii zbija się majątek – tylko, że majątek ten pochodzi z podatku i grabieży tych sektorów gospodarki, które płacą za to, że starają się być jak najbardziej efektywne. W ten sposób zyskujemy przekonanie (wątpliwe), że ratujemy planetę, ale tracimy na skutek niewydajnej alokacji kapitału. Ekonomia jest bezlitosna, bo z tego punktu widzenia centralizacja wydatków jest zwyczajnie marnotrawstwem. Dodatkowo kują w oczy majątki zbudowane na nim – zupełnie jak te oligarchów wschodnioeuropejskich lub „wstrętnych zachodnich korporacji”, które czerpały zyski tylko z powodu obowiązującego prawa np. nakazującego malować wszystkie płoty na czerwono lub „zamykać okiennice po 18, by dać zarobić producentom świeczek”.

Gdzie jest tu miejsce na polską racje stanu? A jest ona dosyć prosta – nie stać nas na „zieloną energię”, bo nie mamy tyle kapitału. Po drugie nie stać nas na porzucenie węgla, którego mamy w nadmiarze. Po trzecie nie jesteśmy w stanie ponieść kosztów społecznych z tym związanych. Zatem nakaz obniżania emisji CO2 będzie dla nas katastrofą.

Przypomnijmy, że Komisja Europejska chce ograniczyć produkcję dwutlenku węgla o 40% do 2030 roku. Dla Polski oznacza to systematyczny wzrost cen prądu i ciepła w sytuacji, gdy posiadamy złoża pozwalające na produkcję energii w najtańszej technologii. Tego zwyczajnie nie da się pogodzić, bo zbyt wiele osób straci pracę i dochody, a koszty ogrzewania i elektryczności dobiją nie tylko przemysł, ale też gospodarstwa domowe. Etyka ekologiczna w tej sytuacji musi zejść na drugi plan, bo nie można stawiać wątpliwego interesu mniejszości nad pewne zubożenie większości.

My nie wytniemy Sherwood

Nie dajmy się przedstawiać jako ekologiczny ciemnogród, bo to zwykła polityka propagandowa. Zachód w przeszłości wydobył swój węgiel i wyciął swoje lasy, a teraz zakazuje tego nam – to prosta retoryka, ale prawdziwa. My nie prowadzimy tak nieodpowiedzialnej polityki surowcowej jak, np. Anglia na przełomie XIX i XX wieku. Mamy odpowiednie prawo, które zwyczajnie tego zabrania.

Nawet teraz z uśmiechem możemy patrzeć na działania niektórych państw, które ochoczo przyjmują kapitał i gości z krajów (np. arabskich), które prowadzą bardzo ekspansywną politykę ekologiczną. Piętnujemy „własnych szejków”, a cudzym oddajemy loże VIP-owskie na stadionach. Jeśli to nie jest hipokryzja, to jak to nazwać?

Trzeba dbać o równowagę, bo środowisko można chronić nie tylko poprzez zmniejszanie produkcji CO2 i inwestowanie pieniędzy w przeraźliwie drogie technologie ograniczające jego emisję – a w tym kierunku właśnie idziemy. Pieniądze lepiej wydawać na badania, które w przyszłości zaowocują efektywniejszym i tańszym wykorzystaniu posiadanych zasobów. To samo w sobie nie wyklucza nastawieniu na redukcję emisji dwutlenku węgla, ale nie dopuszczalne jest, by był to jedyny cel tych badań – a na tym właśnie polega obecnie obrany kurs przez UE. Jest to jeden z nielicznych obszarów, gdzie Polska musi być bezwzględnie przeciw regulacjom, które nam szkodzą.

Nie wiemy co przyniesie przyszłość. Być może jutro zimna fuzja lub inny wynalazek umożliwi nam produkcję energii praktycznie za darmo. Jedno jest pewne – niczego bardziej od tego nie obawia się nie tylko sektor energetyczny, ale też lobby ekologiczne.

/Piechowiak

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak