Brexit może być antagonistyczny

W rozgrywkach rządu Beaty Szydło na wielu polach z Komisją Europejską i państwami tzw. twardego jądra nowym elementem stał się głos kanclerz Angeli Merkel, która dla potrzeb własnej kampanii (wybory już 24 września) pierwszy raz odezwała się w sprawie stanu praworządności w Polsce.

W najbliższych dniach ten temat będzie się rozwijał, jako że kończy się sierpniowa kanikuła unijnej Brukseli. Wcześniej jednak uaktywnił się inny wątek, w którym akurat interesy wspólnotowe, polskie, niemieckie i każdego innego państwa członkowskiego — mowa o formule UE 27 — są w pełni zgodne. Chodzi o negocjacje ze Zjednoczonym Królestwem warunków i następstw brexitu.

Pięć miesięcy temu Bruksela i Londyn uzgodniły, że rozwód powinien dopełnić się prawnie do 31 marca 2019 r. To graniczna data wynikająca z traktatu, a zarazem poprzedzająca wybory do Parlamentu Europejskiego. Trwająca właśnie kolejna runda rozmów potwierdza jednak, że to… jedyna kwestia zgodna. Główny negocjator unijny Michel Barnier, doświadczony polityk francuski, oraz David Davis, brytyjski minister ds. wyjścia z UE, nie ukrywają silnej polaryzacji stanowisk. Na początku wydawało się, że negocjacje prowadzone będą zgodnie z chronologią wydarzeń — najpierw warunki brexitu, a później traktat o przyszłym ułożeniu stosunków. Rząd Theresy May próbuje jednak zdezorganizować strategię UE i odwrócić priorytety, rozmawiając najpierw o przyszłych relacjach gospodarczych, a dopiero potem o samym brexicie. Spycha to na dalszy plan problemy tak kluczowe, jak brytyjskie zobowiązania budżetowe, prawa obywateli UE na Wyspach czy kształt granicy lądowej między Irlandią Północną a Irlandią.

Bardzo grubą kością niezgody stały się rozliczenia budżetowe. Mimo funkcjonowania słynnego rabatu Wielka Brytania jest jednym z największych płatników netto. Państwa UE oczekują, że Londyn będzie płacił do końca uzgodnionej jeszcze przez premiera Davida Camerona — chociaż po długim sprzeciwie — wieloletniej perspektywy finansowej 2014–20. Chodzi przecież o zasadę dotrzymywania umów, co powinno rozumieć zwłaszcza londyńskie City. Rząd Jej Królewskiej Mości odbija jednak piłeczkę, argumentując, że zaskakujący dla wszystkich brexit ma prawne pierwszeństwo wobec ustaleń ogólnych. Dlatego budżet brytyjski nie ma zamiaru zapłacić nawet pensa ponad składkę należną tylko za pierwszy kwartał 2019 r.

W związku z patem na horyzoncie negocjacji majaczy, ale coraz bardziej konkretnie, perspektywa twardego brexitu. Czyli po prostu antagonistycznego opuszczenia UE przez Zjednoczone Królestwo bez porozumienia. Oznaczałoby to konieczność ostrych cięć w najbardziej kosztownych politykach unijnych już w obecnej perspektywie. Ponieważ rozliczenia przeciągają się zgodnie z wzorem N+2, zatem Polska realnie odczułaby zmniejszenie strumienia np. funduszy spójnościowych w latach 2019–22. Ale jeszcze większe straty dla obu stron przyniosłaby antagonistyczna przyszłość, ponieważ taki brexit bardzo utrudniłby włączenie Wielkiej Brytanii do Europejskiego Obszaru Gospodarczego i powtórzenie modelu Norwegii. Trudno byłoby także skopiować przykład Szwajcarii, jako że to oblana unijnym morzem wyspa wyjątkowa, chociaż lądowa.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski