Czas próby dla branży drobiarskiej

Dlaczego zdecydowałam się napisać o ptasiej grypie zagrażającej branży drobiarskiej

FOT. Bloomberg

FOT. Bloomberg

Każdy dziennikarz lubi pisać o sukcesach. Najwięksi w Europie. Rekord produkcji. Dynamiczny wzrost konsumpcji. Rewelacyjne wyniki sektora. Niekończąca się hossa. Drób doczekał się wielu takich tytułów. Jednak gdy rozmawiałam wczoraj z przedstawicielami branży drobiarskiej, którzy dowiadywali się, że przygotowuję przekrojowy tekst o ptasiej grypie, ich główna obawa dotyczyła wywołania paniki.

Dlaczego zdecydowałam się go napisać? By pokazać, że potencjalny kryzys (moi rozmówcy przekonują, że jeszcze nie nadszedł), może wyrządzić wiele strat nie tylko dużym, prężnym koncernom, które — w powszechnym mniemaniu — i tak sobie poradzą, ale całej branży, która włożyła wiele wysiłku, by zostać numerem jeden w UE.

Mówimy o stratach „od pola do stołu”, czyli od rolnika, który nie będzie w stanie sprzedać kurczaków i indyków, bo popyt będzie niższy niż podaż, albo dostanie za nie pieniądze, które nie pokryją kosztów hodowli; przez właścicieli ubojni i przetwórni aż do wszystkich współpracujących z nimi branż — producentów pasz czy firm transportowych. Po co pokazywać potencjalne straty i „straszyć” rynek? Po to, by uświadomić, jak ważna jest walka z przenoszonym przez dzikie ptaki wirusem i przestrzeganie wprowadzonych przez resort rolnictwa i weterynarię zakazów oraz nakazów, które dokładają hodowcom pracy i kosztów.

Również po to, by nie było miejsca na przekonania: „ja nie muszę, w moim gospodarstwie drób się nie zarazi”. Jak podsumował jeden z moich rozmówców: „sprawę z ASF [czyli do dziś nieopanowanym afrykańskim pomorem świń — red.] położyliśmy właśnie m.in. przez brak zdyscyplinowania i szybkich, nieraz drastycznych decyzji, obyśmy z drobiem postępowali mądrzej”.

Michalina Szczepanska
Michalina Szczepanska