Czego boi się CD Projekt?

W  siedzibie CD Projekt w Warszawie wszyscy bacznie śledzą, co się dzieje we Francji.

250 mln zł na buy-back oraz wprowadzenie do statutu zapisów, które będą przeciwdziałały próbą wrogiego przejęcia – nad tymi sprawami we wtorek, 29 listopada pochyli się walne zgromadzenie akcjonariuszy CD Projekt. O ile przeznaczenie części gotówki, która zalega na kontach producenta gier na skup akcji, nikogo nie może dziwić, bo spółka już wcześniej zapowiedziała, że w ten sposób zamierza się dzielić zyskiem z akcjonariuszami, to próba statutowej obrony przed wrogim przejęciem może wydawać się mocno zaskakująca. Żeby ją zrozumieć, trzeba przenieść się do podparyskiego Montreuil, gdzie siedzibę na inny producent gier: Ubisoft. Od roku rozpaczliwie broni się przed wrogim przejęciem, którego chce dokonać koncern Vivendi. Sytuacji bacznie przygląda się CD Projekt i wyciąga wnioski.

Obie firmy mają ze sobą sporo wspólnego. Zarówno Ubisoft, jak i CD Projekt założyły oraz kierują osoby blisko ze sobą związane (we francuskiej firmie są to bracia Guillemot, w polskiej – bracia Kicińscy wraz z Marcinem Iwińskim); oba podmioty są największymi producentami gier na rodzimych rynkach oraz mają w portfolio brendy znane na całym świecie („Assassin’s Creed” i „Wiedźmin”). To co je różni, to skala działalności. Ubisoft, który zatrudnia ok. 10 tys. osób, jest znacznie większy od CD Projekt i może pochwalić się znacząco większym dorobkiem producenckim. Trzeba przy tym pamiętać, że Ubisoft obchodzi w tym roku 30-lecie istnienia. Na to polskie deweloper może odpowiedzieć tylko skromną, dziesiątą rocznicą premiery pierwszego „Wiedźmina”. Dwie dekady bytności na rynku w branży gier komputerowych robi sporą różnicę. Nie oznacza to jednak, że CD Projekt jest na straconej pozycji. Wprost przeciwnie – jeśli polska firma nadal będzie rozwijała się w dotychczasowym tempie, to za 10 lat może mieć taką samą pozycję w branży, jaką ma w tym momencie Ubisoft.

Dlatego też przy ul. Jagielińskiej w Warszawie, gdzie znajduje się siedziba CD Projekt, wszyscy bacznie śledzą, co się dzieje we Francji. Problemy Ubisoftu rozpoczęły się rok temu, kiedy to francuski gigant medialny – Vivendi – ogłosił, że ma 10 proc. akcji producenta gier (o wartości ok. 250 mln EUR). Dodatkowo też nabył pakiet walorów mobilnego studia Gameloft, który powstało w 1999 roku z inicjatywy jednego z braci Guillemot. Szybko okazało się, że to zaangażowanie nie jest inwestycją kapitałową, a Vivendi po prostu chcę obie firmy przejąć. W ten sposób gigant wróciłby na szybko rozwijający się rynek gier, z którego wycofał się w 2013 roku, sprzedając większościowy pakiet akcji w Activision Blizzard.

Gameloft padł w czerwcu, kiedy rodzina Guillemot ogłosiła, że sprzeda posiadany pakiet akcji. Można się domyślać, że pieniądze, które pozyskała z tej transakcji, pójdą na obronę Ubisoftu. Tym bardziej, że mimo rozesłania po całym świecie wici, nikt z inwestorów branżowych i finansowych nie chciał wcielić się w rycerza na białym koniu i uratować producenta gier przed Vivendi. Nie należy się temu dziwić, bo oczy wszystkich są skierowane na sektor mobilny, który generuje obecnie znacząco większe zyski niż tradycyjne gry komputerowe. Ubisoft zaś jest mocno zakorzeniony w tym ostatnim sektorze.

We wrześniu francuski deweloper zdecydował się na akt rozpaczy i uplasował na rynku obligacje o wartości 400 mln EUR. Pozyskane z emisji środki zamierza przeznaczyć na produkcje gier i rozwój na nowych rynkach. Pierwszą transakcję ma już sobą: kupił firmę Ketchapp, który nie ma nic wspólnego z rynkiem spożywczym. Jest to producent gier mobilnych, który w portfolio ma takie tytuły jak ZigZag, 2048, czy Stick Hero.

Vivendi nic nie robi sobie z tych działań i nadal sukcesywnie skupuje walory Ubisoftu. Stało się już największym akcjonariuszem. Jak poinformowało na początku listopada, posiada 24 proc. jego akcji, które dają mu 21 proc. głosów na WZA. Drugim pod względem wielkości udziałowcem jest rodzina Guillemot, która łącznie posiada 9 proc. akcji, dających jej 15 proc. głosów na walnym. W tym momencie toczy się korporacyjny bój o kontrolę nad firmą. Medialny gigant domaga się bowiem prawa do wprowadzenia przedstawicieli do jej władz. Jeśli uda mu się zdobyć poparcie mniejszościowych akcjonariuszy, to będzie to koniec ery rodziny Guillemot w Ubisofcie. Zapowiedzieli, że odejdą z firmy, po jej przejęciu przez Vivendi.

CD Projekt nie boi się, że przyjdzie duży inwestor branżowy lub finansowy i zdecyduje się na przejęcie. Deweloper jest spółką publiczną, co zawsze czyni ją potencjalnym celem wezwania. Najważniejszą rolę w takim przypadku gra cena. O wiele bardziej przerażającym scenariuszem dla firmy byłaby powtórka z wojny między Ubisoftem a Vivendi. Długotrwała walka o kontrolę miałaby niszczycielski wpływ na funkcjonowanie i dalszy rozwój CD Projekt. Stąd też propozycja dodania do statutu firmy zapisów, które ograniczyłyby zapał potencjalnych chętnych na wrogie przejęcie.

Mariusz Gawrychowski
Mariusz Gawrychowski