D. Trump nie zrezygnuje z TTIP. Zwycięży chłodna kalkulacja

Przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych może wycofać się z negocjacji umowy TTIP. Grozi to wprowadzeniem ceł na towary z Unii Europejskiej, a to może mieć negatywny wpływ na handel międzynarodowy i ceny. Jednak sytuacja ekonomiczna USA nie jest tak silna, by kraj ten całkowicie zrezygnował z poszerzania swoich wpływów.

Donald Trump

Fot. Gage Skidmore (CC BY-SA 2.0), Flickr

Prezydent elekt Donald Trump nie jest zwolennikiem umowy transatlantyckiej, co wyraźnie podkreślał w swoich przemówieniach w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Oczywiście będzie miało to duże znaczenie dla dalszych prac nad porozumieniem. Amerykańscy eksperci uważają, że negocjacje zostaną zerwane. Ale ich ocena jest jednak przedwczesna. Kampania wyborcza rządzi się swoimi prawami, a deklaracji składanych przez przyszłego prezydenta nie należy traktować zbyt jednoznacznie. Jego chęć współpracy z każdym krajem, ale – jak określił – na uczciwych warunkach, jest jednym z możliwych scenariuszy renegocjacji umów handlowych i może świadczyć o chęci wywierania jeszcze większego nacisku na UE w kwestii TTIP.

 Niestabilna sytuacja

Obecnie gospodarka amerykańska jest zadłużona na ponad 19 bilionów dolarów, a w 2017 roku dług przekroczy 20 bilionów. Co więcej, od wielu lat odczuwa ona dość wysoki deficyt handlowy. Zdaniem wielu ekonomistów, jeszcze do niedawna dolar był mocną kartą przetargową. Jednak dalsze zadłużanie kraju spowoduje spadek popytu na obligacje skarbowe Stanów Zjednoczonych.

Obecnie inwestorzy chętniej lokują swoje aktywa w złocie niż w obligacjach rządu USA. Głównymi przyczynami wzrostu deficytu handlowego są przede wszystkim różnice w strukturze gospodarki i strukturze przedmiotowej handlu zagranicznego. Podczas gdy na azjatyckich rynkach wschodzących odbywał się proces uprzemysłowienia, firmy ze Stanów Zjednoczonych tworzyły zakłady produkcyjne np. w Chinach. Jeszcze kilka lat temu ok. 95% największych amerykańskich przedsiębiorstw z rankingu „Fortune 500” miało swoje filie spółek joint venture na terenie Azji. Wskutek tego obecnie ponad 80% towarów importowanych przez USA w ogóle nie ma swoich amerykańskich odpowiedników. Dlatego coraz częściej wśród establishmentu pojawiają się opinie na temat konieczności reindustrializacji gospodarki.

Ponadto należy wziąć pod uwagę działalność korporacji międzynarodowych. Ich przepływy w światowej gospodarce są obecnie bardzo skomplikowane. Mało który kraj produkuje towar w całości, co wpływa na to, że np. kraj taki jak USA, który posiada najwyższy poziom rozwoju nowych technologii, centrów B+R, produkcję, podwykonawców i dostawców ma rozsianych często po całym świecie. A to z kolei sprawia, że brakuje pracy dla części społeczeństwa, które nie wypracowuje swojego udziału PKB.

Niekorzystny jest także wywóz złota zagranicznych banków centralnych z amerykańskiego Banku Rezerwy Federalnej. Świadczy to o poważnej przemianie globalnego systemu finansowego i pierwszych symptomach początku końca epoki petrodolara. Znamienny dla zawirowań na scenie globalnej i zmianie dotychczasowego układu sił jest fakt, że w październiku waluta Chin stała się oficjalnie piątą rezerwową walutą świata. Oznacza to, że kraj ten może teraz zaopatrywać się na olbrzymią skalę na światowym rynku kapitałowym.

Co więcej, rozwarstwienie społeczne w USA jest jednym z największych na świecie, gdzie ponad 30 proc. młodych rodzin nie posiada żadnego majątku, a ponad 40 proc. wszystkich Amerykanów zalicza się do grupy osób z niskimi lub najniższymi dochodami. Te czynniki społeczno-ekonomiczne są dowodem na to, że to Amerykanom bardziej powinno zależeć na rozszerzaniu strefy wpływów i podpisaniu umowy TTIP.

Utrzymanie strefy wpływów w Europie to dla USA, poza korzyściami gospodarczymi, istotny aspekt w walce o utrzymanie  światowej pozycji geopolitycznej kraju. Została ona mocno podważona w 2008 roku, gdy pozycja Chin oraz azjatyckich krajów wschodzących coraz bardziej się wzmacniała.

To z inicjatywy Chin powołano CAFTA, czyli strefę wolnego handlu łączącą Chiny (1,4 mld mieszkańców) z 10 państwami ASEAN (Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej – 600 mln mieszkańców). Jest to obecnie największa tego typu strefa handlowa, a nie TTIP. Chiny są również inicjatorem projektu banku Asian Infracture Investment Bank (AIIB), który ma być przeciwwagą dla Banku Światowego.

Kto zyska, kto straci?

Dotychczas to bardziej strona amerykańska nalegała na podpisanie porozumienia transatlantyckiego. Ze względu na jej nieustępliwość w negocjacjach wiele krajów, m.in. Niemcy i Francja, były przeciwne jej sfinalizowaniu w proponowanym kształcie. Zapisy były korzystne dla amerykańskich międzynarodowych korporacji, ale szkodliwe dla krajów małych i słabych gospodarczo.

Jeżeli prezydent Trump wraz z amerykańskim Kongresem zrezygnuje całkowicie z TTIP, to w pierwszej kolejności straty odczuje gospodarka jego kraju. Ale Polska, mimo wszystko, zachowa szansę na rozwój gospodarczy. Szacunki analizujące sytuację Polski po podpisaniu umowy TTIP wskazywały, że osiągnie ona jedynie 0,5% PKB w ciągu kilkunastu lat. Nasza gospodarka jest nie tylko niekonkurencyjna w porównaniu z amerykańską, ale pozostaje także w tyle za wieloma krajami europejskimi.

Niewątpliwie ewentualny zysk z TTIP nie rozłoży się równomiernie i będzie dotyczył krajów lepiej rozwiniętych kosztem krajów słabszych gospodarczo, w tym Polski. W wyniku umowy nastąpi wzrost taniego importu, co odbije się negatywnie na polskich przedsiębiorcach, ponieważ ceny produktów importowanych będą dużo niższe. Polskie firmy, będą zatem narażone na utratę udziałów w rynku, a nawet bankructwo. Straty poniesie również budżet państwa z tytułu zniesienia opłat celnych. W przypadku kiedy USA podpisze z UE umowę, przede wszystkim odczuje to polski sektor MSP. Jest on zbyt słaby zarówno pod względem możliwości kapitałowych, jak i konkurencyjności gospodarki, koniecznych do ekspansji na poziomie globalnym. Lepszą pozycję mają międzynarodowe koncerny.

Brak porozumienia w większym stopniu zmusi polskie firmy do poszukiwania rozwoju, konkurencyjności, zdobywania szerszych kompetencji w obszarze nowych technologii, pozyskiwania nowych światowych partnerów wymiany gospodarczej, ale bez „kagańca” międzynarodowych firm, które w pierwszej kolejności dbają o swój własny interes.

Dla firm handlowych jednym z efektów otwarcia rynku europejskiego będzie możliwość sprzedawania towarów pochodzących z USA (do tej pory niedostępnych na europejskim rynku) lub w cenach niższych niż dotychczas. Będzie to wynikało ze zniesienia taryf i ceł. Może to stworzyć możliwość eksportu polskich towarów za ocean, o ile będą one konkurencyjne dla tamtejszego rynku.

O poprawie pozycji międzynarodowych koncernów, dzięki porozumieniu TIPP, świadczyły dotychczasowe prognozy. Komisja Europejska oceniała, że PKB gospodarek amerykańskiej i unijnej wzrośnie głównie ze względu na dynamiczny rozwój transatlantyckiej wymiany handlowej. Eksport z USA do UE miałby wzrosnąć o 37 proc. w ciągu roku, a eksport z UE do USA o 28 proc. rocznie. Najwięcej korzyści z planowanego otwarcia wolnej strefy handlu odniosą jedynie państwa silnie ekonomicznie, które w obecnych globalnych uwarunkowaniach gospodarczych mają mocną pozycję. Trudno będzie zatem konkurować polskim firmom z amerykańskimi potentatami.

Groźba wysokiego cła

Gdyby nie doszło do podpisania umowy TTIP, możliwe jest wprowadzenie wysokich ceł (np. 45 proc.) na towary z UE. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że kraj ten również eksportuje towary i taka decyzja nie byłaby dla niego całkowicie korzystna. Z drugiej strony z najtańszych produktów importowanych, które sprzedają amerykańskie sieci handlowe, korzystają najubożsi Amerykanie. Trudno więc uwierzyć, że nowa administracja będzie skłonna podnieść ceny aż o kilkadziesiąt procent.

Na wojnie celnej najbardziej ucierpiałyby najbiedniejsze gospodarstwa domowe. Konsekwencje odczułaby cała gospodarka światowa, albowiem podniesienie ceł przez USA skutkowałoby podobnymi działaniami ze strony poszczególnych krajów. Tym samym odbiłoby się to negatywnie na międzynarodowym handlu. Wprowadzenie wysokich ceł spowodowałoby olbrzymie zaburzenie w łańcuchach dostaw.

Dostosowanie się do nowych warunków firm, które bezpośrednio bądź pośrednio związane są z procesem produkcji lub wymianą handlową z krajami, które toczą wojnę celną, wiązałoby się z poniesieniem dużych kosztów. W efekcie nastąpiłby poważny wzrost cen produktów. W trudnym położeniu znalazłyby się poszczególne przedsiębiorstwa, które są dostawcami części lub podzespołów dla dużych koncernów. Turbulencje odczułby także rynek pracy. Który scenariusz Donald Trump i Kongres uznają za najwłaściwszy, przekonamy się zapewne na początku przyszłego roku.

Łukasz Białek