Dirty Volkswagen jest uwielbiany przez mechaników i prawników

Afera z tuszowaniem rzeczywistych wyników emisji spalin przez Volkswagena ma kilka wymiarów. Pomijając kwestie jawnego oszustwa, naruszenia konkurencji oraz zaśmiecania środowiska, mało kto zwraca uwagę na zachowanie samych posiadaczy volkswagenów, którzy rzadko negatywnie wypowiadają się o swoich samochodach.

Dirty Volkswagen jest uwielbiany przez mechaników i prawników

Volkswagen oszukiwał. Prawdopodobnie nie tylko on. W USA kancelarie prawne zacierają ręce, bo szykują się milionowe odszkodowania dla klientów oraz innych obywateli, którzy będą potrafili przedstawić dowód na to, że nielegalne praktyki niemieckiej firmy przyczyniły się do pogorszenia ich stanu zdrowia. Amerykańscy naukowcy zmierzyli, że trujące spaliny powodują śmierć 58 tys. Amerykanów rocznie. Poważnie!

Koreańczycy i Japończycy są wściekli, bo Volkswagen na swoim oszustwie zarobił miliardy euro i najchętniej natychmiast wprowadziliby w swoich krajach zakaz sprzedaży samochodów z Niemiec.

The Economist podaje szacunki, że afera będzie kosztowała Volkswagena nawet 25 mld dolarów, ale chwilę potem dodaje, że były już podobne a nawet poważniejsze sprawy chociażby z Generals Motors i wszystko rozeszło się po kościach –łączne koszty nie przekroczyły 3 mld dolarów.

W tym czasie Europa dyskutuje stwierdzając, że prawdopodobnie nie tylko #Volkswagen oszukiwał. Zupełnie tak jakby sprawdzenie i podanie do publicznej wiadomości rzeczywistego poziomu emisji w Fiacie, Seacie, Renault lub Jaguarze wymagało więcej niż kilku dni.


Internet zalała fala tweetów, memów a spece od marketingu twierdzą, że to może być nawet koniec niemieckiej marki (uwielbiam ich). W tym samym czasie część ekonomistów próbuje oszacować wpływ afery na gospodarkę Niemiec oraz całej UE. Jednym wychodzi, że PKB UE może spaść o 0,01% a innym, że o 0,03% .

Dumni posiadacze volkswagenów pukają się w czoło

W tym samym czasie w Polsce dumni posiadacze Volkswagenów „z drugiej ręki” w zasadzie machają nią lub pukają się w czoło. Ani myślą wymieniać swoich dobrych niemieckich samochodów na tańsze i bardziej ekologiczne, ale produkcji innych marek. Może zastanowiliby się nad „Japończykiem”, ale po co, skoro ich „passat” jest w zasadzie idealny?

Mechanik, z którym rozmawiałem o #aferzespalinowej, powiedział mi wprost, że ucieszy się jak dostanie darmowy przegląd lub Volkswagen zwróci mu parę tysięcy złotych za oszustwo, ale auta nie zmieni. Dodał, że limity emisji spalin są zbyt restrykcyjne i albo w ogóle zrezygnujemy z dieslów i przerzucimy się na hybrydy albo musimy pogodzić się z mniejszą wydajnością i większą awaryjnością tych silników.

A awaryjność to koszt wymiany części a wcześniej ich produkcji. Do tego dochodzą trudne do utylizacji smary, oleje, itp. rzeczy, które w ostatecznym rachunku sprawią, że bardzo „ekologiczny silnik” by działał, będzie musiał być cały czas pod „nieekologiczną kroplówką”. Bo limity ekologiczne wg niego powinny dotyczyć okresu używalności samochodu na co najmniej 10 lat i nie ograniczać się tylko do emisji spalin. Co z tego, że auto na wyjściu z fabryki będzie spełniało normy, skoro co 5 tys. km trzeba będzie w nim wymieniać części, które raz, że kosztują, a dwa, że ich produkcja też ma negatywny wpływ na środowisko. Mój mechanik nie ma tytułu profesora, ale mam wrażenie, że wie co mówi. Wie też, że auta nie zmieni a z Twittera nie korzysta.

Nie zmienia to faktu, że czeka nas rewolucja w motoryzacji. Napędy hybrydowe to pierwszy krok do rezygnacji z paliw kopalnych. Być może to szansa dla Polski, bo co roku tracimy dziesiątki miliardów złotych na gaz i paliwa, które kupujemy zza granicy. Tyle mówi się o innowacyjności więc może czas najwyższy na realizację jakiegoś ekologicznego i postępowego projektu?


Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak