Duma i uprzedzenie, czyli 25 lat Giełdy w Warszawie

I have a dream! Marzy mi się, że Polska jest dumna z polskiej Giełdy.

Źródło: pixabay.com

Giełda to kasyno? A może raczej totolotek? W 2014 roku Polacy „zainwestowali” w gry Totalizatora Sportowego prawie 3,5 mld zł. Państwo ma monopol loteryjny na gry liczbowe. W „portfolio produktów” TS znajduje się m.in. gra liczbowa pod nazwą Ekstra Pensja (!). Podobno nawet ktoś coś wygrał. No tak, ale przecież pieniądze z obstawiania kasyna, pardon kupowania losów etc., idą w części na szlachetne cele – obiekty sportowe, kulturę, no i do budżetu. A pieniądze kierowane na giełdę – no właśnie – gdzie one trafiają? Czasami do dotychczasowych właścicieli – głównie do Skarbu Państwa w ramach Akcjonariatu „Obywatelskiego”, czasami do założycieli firm prywatnych. Ale przede wszystkim do spółek. Z przeznaczeniem na rozwój. Na inwestycje. Na … miejsca pracy.

Spółki giełdowe zatrudniają 800 tys. osób i odpowiadają za 23% łącznej wartości inwestycji zrealizowanych przez sektor przedsiębiorstw. Ich roczne przychody przekraczają 500 mld zł, a nakłady spółek giełdowych na działalność badawczo-rozwojową są wyższe niż firm nie notowanych (za: Raport PwC Polska „Rynek kapitałowy jako narzędzie finansowania rozwoju polskich regionów”).

Obecnie na rynku głównym notowanych jest 487 spółek. Ponad 900 dużych polskich przedsiębiorstw ma potencjał wejścia na giełdę. W historii Giełdy kilkadziesiąt spółek zostało z niej wycofanych i radzą sobie dobrze. Istnieje więc życie pozagiełdowe. Z kolei, wiele spółek giełdowych doświadczyło kłopotów finansowych i nie przetrwało. Ale przejrzystość spółek notowanych na GPW, gwarantowana przez prawo w postaci obowiązków informacyjnych, w zakresie raportów finansowych i raportów bieżących bije na głowę firmy i przedsiębiorstwa nienotowane. Nie na darmo spółki notowane na GPW nazywane są (ustawowo!) spółkami publicznymi.

Spółki giełdowe wypracowują zyski i płacą podatki. Wypłacają dywidendy. Spośród 487 spółek notowanych na koniec 2015 roku aż 194 spółki wypłaciły swoim akcjonariuszom dywidendy w łącznej kwocie ponad 20 mld zł. Dywidendy wpływają do kieszeni akcjonariuszy. Jak dużo jest tych „okropnych spekulantów”? Czy jest to poważna grupa społeczna?

Poważna grupa społeczna to np. członkowie związków zawodowych. Jest ich obecnie około 2 milionów. Z danych Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych wynika, że liczba otwartych rachunków inwestycyjnych wynosi obecnie ok. 1,4 mln, z czego według różnych szacunków aktywnych jest 100-200-300 tys. Mało w porównaniu z ludźmi pracy? Ale zaraz zaraz, wśród nieaktywnych posiadaczy rachunków znajduje się kilkaset tysięcy posiadaczy tzw. akcji pracowniczych. Wielu z nich nie sprzedało akcji „swoich” zakładów pracy (ponoć kilkadziesiąt tysięcy pracowników i byłych pracowników spółki PGNiG jest nadal jej akcjonariuszami, a przecież są jest wiele innych spółek sprywatyzowanych poprzez Giełdę). Akcje to ich kapitał. Część z tych pracowników jest członkami związków zawodowych. Jeśli nawet na co dzień więcej myślą o podwyżce płacy, trzynastce, czternastce i odsetkach od czternastek, to przecież myślą też o emeryturze i dodatkowym dochodzie. Może nawet dochodzie z kapitału, rencie – jako rentierzy. O rentierach angielskich mówił niedawno wicepremier Morawiecki w jednym z wywiadów. Skoro dziedziczenie posad w dużych zakładach pracy najwyraźniej nie przejdzie w drodze ustawy, to może uda się zostawić spadkobiercom inne aktywa? Na przykład pakiety akcji spółek publicznych. Jednym z „pracowniczych” argumentów za upublicznieniem spółek prywatyzowanych była łatwość sprzedaży akcji na Giełdzie, bez konieczności wątpliwych targów z tajemniczymi „inwestorami” w przypadku spółek niepublicznych.

Grono osób, dla których sukces Giełdy i spółek giełdowych to również ich osobisty sukces jest naprawdę duże. Pracownicy spółek giełdowych, właściciele akcji pracowniczych, maklerzy, analitycy, zarządzający aktywami, inwestorzy indywidualni – pracownicy najemni, prowadzący działalność gospodarczą, studenci i inni. Ale nie tylko! Rynkiem kapitałowym interesują się również posłowie – 129 posłów obecnej kadencji zadeklarowało posiadanie papierów wartościowych, pośrednio (polisy, fundusze) i bezpośrednio (akcje i obligacje). Z tej liczby 72 posłów reprezentuje partię rządzącą.

Okoliczności zewnętrzne i wewnętrzne takiemu sukcesowi raczej nie sprzyjają. Marginalizacja OFE, ogólnoświatowa walka z węglem, strategia Skarbu Państwa w postaci „zjeść ciastko i mieć ciastko” (sprzedać akcje, a potem wprowadzić podatek od niektórych kopalin i aktywów, ręcznie sterować inwestycjami spółek publicznych z udziałem SP), stygmatyzacja Giełdy. A malkontenci już dopatrują się np. na wykresie WIG-energia formacji nieżywych schabów.

What’s done is done. Ale co dalej? Jak wesprzeć rynek kapitałowy i rozwój gospodarczy?

Edukacja? Tak, ale warto się przyjrzeć bliżej dotychczasowej edukacji finansowej. Raczej nie chodzi o forex. Poprawa płynności? Tak, ale bez koncentracji na inwestorach zagranicznych i handlu wysokich częstotliwości. Inwestorzy zagraniczni nie mają sentymentów. Ich interesy w Polsce niekoniecznie mają charakter długoterminowy, niekoniecznie pokrywają się z interesami polskich spółek i inwestorów. Mogą łatwo się „zawinąć”, wykorzystując jako pretekst np. … zmianę ratingu. Inwestorzy zagraniczni i HFT dostarczają płynności – ale tylko dla spółek … o wysokiej płynności. Czyli dla, powiedzmy, 30 spółek spośród blisko 500 notowanych. Likwidacja podatku dochodowego od zysków kapitałowych? Nie. Dlaczego inwestorzy giełdowi mieliby być uprzywilejowani względem innych podatników podatku dochodowego? Taki postulat przypomina wołanie pelikanów „Daj! Daj! Daj!” z filmu „Gdzie jest Nemo?”, albo wołanie … związków zawodowych? Dotacje? Hmm … Czego więc najbardziej potrzeba?

Nadwyżka uprzedzenia, deficyt dumy

Uprzedzenia mamy w nadmiarze. Według Małgorzaty Zaleskiej, nowej Prezes GPW, Giełda potrzebuje m.in. spokoju. I zaufania. Wielu uczestników rynku kapitałowego odczuwa niepewność, a nawet frustrację, i to nie tylko z powodu zagrożenia utraty alimentów. Sfrustrowani mówimy – przecież nie wyjdziemy na ulice. A właściwie dlaczego nie? Wyjdźmy na ulice, nie mamy się czego wstydzić. Wyjdźmy na ulice – ale bez żądań i postulatów, za to z transparentami:

Jestem inwestorem i jestem z tego dumny!
Jestem pracownikiem spółki giełdowej i jestem z tego dumny!
Jestem maklerem/analitykiem i jestem z tego dumny!
Jestem prezesem spółki giełdowej i jestem z tego dumny!
Jestem Prezesem Giełdy i jestem z tego dumna!

Zamiast marszu dumy i poparcia może być np. półmaraton giełdowy. Albo 25 km – 1 km za każdy rok. Inwestowanie to przecież sport wytrzymałościowy, a i sponsorów znalazło by się wielu. Okazja do takiej manifestacji zbliża się dużymi krokami – 25 rocznica pierwszej sesji giełdowej. Feta powinna wyjść poza budynek GPW, poza „ludzi rynku”, poza środowisko wzajemnej adoracji.

Oby 16 kwietnia 2016 miało miejsce wielkie święto Polski i polskiego rynku kapitałowego.

Mariusz Kanicki
Mariusz Kanicki