Dwa nieoczywiste skutki dla Catalyst i FinTech zmian w Kodeksie Karnym

Ministerstwo Sprawiedliwości w zeszłym tygodniu opublikowało projekt nowelizacji ustaw Kodeks Karny, Kodeks Cywilny, Prawo Bankowe i ustawy o kredycie konsumenckim, który w zasadzie można streścić w dwóch zdaniach: zakazuje się oferowania drogich kredytów lub pożyczek, a za złamanie zakazu grozi więzienie. W szczegółach zmiana polega na obniżeniu limitów maksymalnych kosztów pozaodsetkowych średnio o 60%. Patrząc na rynek kredytów, tych bankowych i pozabankowych, należy zauważyć,  taki limit, będzie koszmarnie kłopotliwy dla banków i SKOK-ów oraz zabójczy dla wszystkich instytucji pożyczkowych, potocznie nazywanych firmami pożyczkowymi, które działają tradycyjnie lub w modelu FinTechowym.

FOT. SZYMON LASZEWSKI/FORUM

#FINTECH

Tymczasem ambicją Ministerstw Rozwoju i Cyfryzacji Polska ma stać innowacyjnymi rozwiązaniami, szczególne nadzieje pokładane są w rodzącym się w bólu sektorze FinTech. Tymczasem jedna zmiana może przekreślić nadzieje na to, że Polska stanie się jednym z ważniejszych graczy w tej dziedzinie.

Z raportu „FinTech w Polsce – bariery i szanse rozwoju” przygotowanego przez Fundację FinTech Poland wynika, że polski sektor FinTech bardzo potrzebuje wsparcia, szczególnie w zakresie ułatwień regulacyjnych, stabilności prawa oraz stymulowania rozwoju konkurencji. Deloitte wycenił wartość całego polskiego sektora na ok. 1 mld euro.

Tymczasem w Ministerstwie Sprawiedliwości pojawił się projekt, który chociaż intencjonalnie słuszny, to może wywołać cały szereg negatywnych konsekwencji, z wielomiliardowymi stratami do budżetu łącznie. Wiele wskazuje też na to, że Ministerstwo Sprawiedliwości wchodzi w buty Ministra Rozwoju i zamiast zajmować się systemem sprawiedliwości, przejmuje także rolę regulatora rynku Fintech i Consumer Finance.

W zeszły czwartek wieczorem na stronach Rządowego Centrum Legislacji zawisł Projekt ustawy o zmianie ustawy – Kodeks karny oraz niektórych innych ustaw. Projekt ten zasadniczo dotyczy zaostrzenia i doprecyzowania przepisów karnych w zakresie przestępstwa lichwy. Obecny porządek prawny nie daje prokuratorom skutecznego instrumentu do postawienia w stan oskarżenia osób, które wykorzystują złe ekonomiczne położenie pożyczkobiorcy i udzielają im pożyczek niemożliwych do spłaty.

Najczęściej chodzi im o to, by za stosunkowo niewielką sumę pożyczki nabyć prawo do wielokrotnie więcej wartej nieruchomości będącej w posiadaniu ofiary. Taka sytuacja obecnie możliwa jest tylko w przypadku umów zawartych na podstawie Kodeksu Cywilnego. Banki i instytucje pożyczkowe udzielają kredytów na podstawie ustawy o kredycie konsumenckim. To jest olbrzymia różnica.

Zaostrzenie przepisów karnych w zakresie wyzysku na podstawie umów cywilnych i usprawnienie procesu dochodzenia do sprawiedliwości i zadośćuczynienia osobom będących ofiarami bezczelnego oszustwa jest z wszechmiar koncepcją słuszną i godną pochwały.

Niemniej, w emocjonalnym uzasadnieniu ustawy, która likwiduje rynek Consumer Finance przedstawiono przykłady ewidentnych oszustw obnażających słabość organów ścigania i prokuratury w przypadku umów cywilnych a nie jakości obowiązującej regulacji w zakresie pożyczek konsumenckich.

Kłopot w tym, że Ministerstwo Sprawiedliwości ewidentnie pomyliło pojęcie oszustwa i przestępstwa lichwy z legalnie działającym rynkiem Consumer Finance, który jakby nie było – jest fundamentem do rozwoju FinTechów.

Ministerstwo Sprawiedliwości czy Finansów?

Otóż pomijając zmiany w Kodeksie Karnym i Kodeksie Cywilnym projekt ustawy miesza również w ustawie o kredycie konsumenckim, czyli akcie prawnym, który reguluje kwestie pożyczek i kredytów udzielanych przez instytucje finansowe konsumentom. Ministerstwo Sprawiedliwości postanowiło do wzoru na maksymalne koszty kredytu podłożyć nowe cyfry – bez większego zastanowienia liczby 20 i 35 zastąpiono dwiema 10-tkami. Już w średniowieczu twierdzono, że odsetki powyżej 10% to lichwa – zatem literalnie postawiono na rozwiązanie, które cofa nas do czasów, kiedy ludzie byli przekonani o tym, że Ziemia jest płaska.

Konsekwencje dla FinTechów

Propozycja Ministerstwa uderza bezpośrednio nie tylko w instytucje pożyczkowe, ale również w sektor bankowy. Na skutek tak dużego obniżenia limitu dojdzie do przetrzebienia ofert kredytów gotówkowych o 1/3, znikną też wszystkie pożyczki online. O rentownym i legalnym pożyczaniu za pośrednictwem peer-to-peer lending można zapomnieć. Rynek, który w Chinach wyceniany jest na 100 mld dolarów, u nas po prostu nie będzie miał racji bytu – każdy kto zaproponuje pożyczkę, której łączny koszt przekroczy 11,5% po miesiącu narazi się na ryzyko co najmniej trzymiesięcznej odsiadki.

Dla FinTech-ów te regulacje to katastrofa, bo pożyczki internetowe i społecznościowe napędzają rozwój startupów zajmujących się błyskawicznym transwerem pieniędzy, wereyfikacją użytkownika, geolokalizacją, analizą big data i scorringiem, metodami płatniczymi i wieloma innymi dziedzinami wykorzystywanymi przez internetowe firmy pożyczkowe, które nie szczędzą wydatków na innowacje, bo tak konkurują z bankami. A polski FinTech rozwija się w oparciu o konkurencję, która zostanie ograniczona tylko do kilkudziesięciu ofert bankowych.

Nowoczesne modele scoringowe badające zdolność kredytową, metody płatności i rozwiązania kredytowe powstają dlatego, że trwa ciągła walka o klienta, który chce mieć dostęp do pieniędzy stale i chce mieć możliwość zaciągnięcia pożyczki tam gdzie uzna, że jest najlepsza oferta dla niego. Cena ma dla niego znaczenie, ale liczą się też inne aspekty np. consumer experience.

Po wprowadzeniu nowego limitu popyt na nowoczesne usługi nie spadnie, ale znacznie ograniczy się ich podaż, bo bank nie może pożyczyć każdemu, dlatego że nie może nadmiernie ryzykować.

Banki nie będą musiały inwestować w FinTechy

Bank nie pożycza swoich pieniędzy. Innymi słowy, po tak drastycznym obniżeniu limitu i w zasadzie ograniczenia dostępu do kredytu dla 3 mln ludzi, właściciele banków mogą dojść do wniosku, że nie ma sensu inwestować w FinTechowe rozwiązania, bo i tak mają monopol na udzielenie kredytu. Już nie będzie miało znaczenia to, że przelew dojdzie na konto w 10 minut, bo klient nie będzie miał alternatywy. Zaczeka nawet i trzy dni.

Skończą się inwestycje w nowe rozwiązania badające zdolność kredytową klientów, bo przecież 80% pożyczkobiorców nie spełni wymogów regulatora. Zasady zarządzania ryzykiem są bardzo precyzyjne i statyczne – młody człowiek bez regularnego dochodu nie będzie mógł kupić na kredyt lodówki lub naprawić samochodu by dojeżdżać do pracy w start-upie, bo nie ma tam stałego dochodu. Żaden bank nie uzna go za wiarygodnego finansowo chociaż w rzeczywistości za pół roku ten sam obywatel może być już zamożnym człowiekiem.

Ograniczy się nakłady na obsługę klienta online, bo nie będzie takiej potrzeby – klient nie będzie mógł skutecznie narzekać na archaiczne rozwiązania, bo nie będzie żadnej konkurencji – dokładnie jak w przypadku dostawców prądu lub gazu.

Czynniki stymulujące rozwój branży FinTech staną się zwyczajnie nieaktualne

A czy ludzie przestaną pożyczać? Spadnie popyt na pożyczki? Oczywiście, że nie. Kłopot w tym, że pójdą do baru lub okolicznego lichwiarza, który pożyczy im gotówkę bez żadnej umowy, a jeśli już to z umową na słupa. Tutaj nie będą obowiązywać żadne limity. Nawet jeśli państwo będzie miało instrument do walki z nieuczciwymi lichwiarzami w postaci zaostrzonego Kodeksu karnego to na skutek zwiększenia skali problemu będącej konsekwencją likwidacji legalnych instytucji pożyczkowych, prokuratorzy nie nadążą z pracą. MS zachowa się jak strażak, który podpala las, by potem go ugasić. Rzecz w tym, że skala pożaru, który teraz wywołuje może przekroczyć możliwości jego kontroli.

Zapłaci za to podatnik. I to więcej niż się wszystkim wydaje, bo instytucje pożyczkowe nie tylko sprofesjonalizowały rynek, ale przede wszystkim napędzają konsumpcję. Na poważnym ograniczeniu limitów, państwo straci co najmniej 1,5 mld zł z tytułu VAT.

#CATALYST 

To nie koniec negatywnych konsekwencji. Narodowy Bank Polski w oficjalnych raportach z rynku nie demonizuje instytucji pożyczkowych tylko naciska na włączenie ich pod nadzór. Nie bez powodu. Otóż niektóre instytucje pożyczkowe poszukują kapitału na rynku obligacji. Polski Catalyst, na którego rozwój naciska GPW-u, praktycznie w 1/3 zdominowany jest przez instytucje pożyczkowe i firmy zarządzające wierzytelnościamim. Płacą dobrze za kupon, rynek rozwija się, inwestorzy im ufają.

Po wprowadzeniu limitu firmy, które zbankrutują nie będą wstanie wykupić swoich zobowiązań, a to doprowadzi do załamania rynku Catalyst. Co więcej, część obligacji wykupują inwestorzy instytucjonalni, czyli fundusze i banki, które po zmianach ministerstwa sprawiedliwości będą mogły sobie wpisać je w straty. Albo pokryją je z wyższych opłat albo ograniczając inwestycje np. w FinTech. Mogą też zamknąć kolejnych kilkadziesiąt oddziałów – w małych wyludnionych miejscowościach, co stworzy idealny mikroklimat do rozwoju lokalnej lichwy.

Nasdaq w USA to wiodący rynek dla fintechowych start-upów. Przedstawiciele rodzimego parkietu bardzo by chcieli, by na warszawskie indeksy trafiły polskie spółki technologiczne i finansowe, które dzięki np. uproszczonej spółce akcyjnej nad, którą pracuje Ministerstwo Rozwoju, właśnie tutaj zdobyły niezbędny kapitał do zagranicznej ekspansji. Przy tak dużej niestabilności prawa, emocjonalnym podejściu do finansów, szanse na to, że jakikolwiek rokujący FinTech zdecyduje się na debiut na polskiej giełdzie są bliskie zeru.

Lepiej by rynek był uregulowany

Smaczku dodaje fakt, że w marcu weszły w życie nowe regulacje, za których przyjęciem w lipcu 2015 roku głosował prawie cały klub Prawa i Sprawiedliwości. Wówczas posłowie zagłosowali m.in. za wprowadzeniem nowego limitu kosztów dla kredytów konsumenckich. Limit ten miał na celu chronić konsumentów przed „lichwiarskim oprocentowaniem” stosowanym przez niektóre instytucje finansowe. Prace nad nim trwały 2 lata, bo wbrew pozorom sprawa nie jest oczywista. Większość normalnych ludzi zgodzi się z twierdzeniem, że lepiej by rynek był uregulowany pod nadzorem państwa niż zakazać jego działalności i patrzeć jak spokojnie rozwija się świat przestępczy. Tak było w USA za czasów prohibicji, kiedy w nadziei na to, że zakaz sprzedaży alkoholu zmniejszy poziom pijaństwa w USA, zupełnie niechcący Amerykanie przyczynili się do stworzenia jednej z największych machin przestępczych na świecie.

Podobnie jest z kredytem. Jeżeli na dane dobro istnieje popyt, to oczywistym jest, że przeregulowanie rynku, które wyeliminuje legalnych producentów z obrotu, musi doprowadzić do niekontrolowanego wzrostu udziału bardzo ciemnej szarej strefy. To wiąże się z podwójnymi kosztami – najpierw utraconymi wpływami do budżetu, a potem ze zwiększonymi nakładami na ściganie i przeciwdziałanie przestępcom.

Ustalając limit potrzeba chirurga naczyniowego a nie specjalistę od amputacji

W przypadku kredytu konsumenckiego kwestie związane z limitem wymagają uwzględnienia szeregu czynników a nie tylko moralnych i często bardzo populistycznych aspektów, bo te zwykle prowadzą do błędnych wniosków. Po pierwsze udzielanie kredytów to jest biznes wymagający szczególnej kalibracji, bo nie każdy pożyczkobiorca oddaje to co pożyczył. Z różnych powodów – czasem wynika to ze złego wychowania a czasem z trudniejszej sytuacji ekonomicznej.

Zatem ustalając maksymalny limit należy brać pod uwagę, że nie każdy pożyczkobiorca oddaje pieniądze (nawet ok. 20% tracą firmy na nierzetelnych dłużnikach). Do tego dochodzi kwestia ochrony prawnej i obsługi konsumenta. Prowadzenie banku tudzież instytucji pożyczkowej nie jest tanie. Dlatego limit musi uwzględniać również te koszty.

Przeciętna firma pożyczkowa płaci rocznie 780 tys. zł za dostęp do danych z Biur Informacji Gospodarczej, Biura Informacji Kredytowej, systemu Credit-Check i licencje na soft IT. 2,2 mln zł kosztują rocznie pensje podstawowego zespołu, a kolejne 280 tys. zł obsługa prawna i księgowa. Aby pożyczać firma musi mieć kapitał własny, który najczęściej pochodzi od inwestora lub z emisji obligacji; przy portfelu pożyczek wartym 10 mln zł, roczny koszt tego kapitału to 1,2 mln zł. Minimalna kampania reklamowa, bez której trudno o klientów kosztuje 1,5 mln zł (lub 50 mln zł rocznie jeżeli prowadzona jest w telewizji, co dotyczy największych firm). Jeżeli obok reklamy korzysta się z zakupu leadów od pośredników finansowych, aby pozyskać jednego nowego klienta z wystarczającą zdolnością kredytową trzeba zainwestować 800 zł. Nie wspominając już o tym, że instytucje pożyczkowe płacą takie same podatki jak banki, łącznie z podatkiem bankowym i składkami na Rzecznika Finansowego, ale nie mogą odliczać pożyczek straconych od dochodu. Co do strat na kapitale, jest to jeden z większych kosztów – zakładając że firma pożycza 10 mln zł i co piąty klient pożyczki nie zwróci, jej strata z tego tytułu to 2 mln zł. To nie wszystkie wydatki, ale pokazują że nie jest to biznes tak prosty jak pozornie się wydaje.

Na koniec pozostaje zysk z działalności, który – by w ogóle miała ona rację bytu – powinien być nieco wyższy niż oprocentowanie obligacji. Innymi słowy – legalne profesjonalne pożyczanie wymaga stosowania zaawansowanych rozwiązań inżynierii finansowej. W przypadku banków jest ona jeszcze bardziej skomplikowana, bo chociaż mają one dostęp do taniego kapitału (nie pożyczają swoich pieniędzy) to muszą spełnić szereg wymogów regulacyjnych i kapitałowych, szczególnie tych związanych z szacowaniem ryzyka – w konsekwencji mogą one sobie pozwolić na niższe oprocentowanie kredytów, ale nie mogą pożyczyć wszystkim chętnym.

Instytucje pożyczkowe mają iluzorycznie trochę ułatwione zadanie, bo pożyczają własne pieniądze. Myli się jednak ten, kto sądzi, że pożyczają każdemu – dwie trzecie wniosków o pożyczkę ląduje w koszu bo niosą zbyt duże ryzyko niespłacenia. Legalnie działające instytucje pożyczkowe zarabiają tylko na spłaconych kredytach. Na innych, jak każdy, ponoszą stratę. Przy obecnej propozycji Ministerstwa Sprawiedliwości legalne pożyczanie osobom, które np. nie dostaną pożyczki w banku, będzie nieopłacalne, a co za tym idzie – zniknie cały sektor gospodarki. Sektor płacący podatki, zatrudniający ludzi, będący pod czujnym okiem KNF-u, NBP-u, UOKiK-u, Rzecznika Finansowego i całej masy innych instytucji, które bacznie patrzą instytucjom pożyczkowym na ręce. MS w swojej propozycji wytrąca rynek z równowagi, co może doprowadzić do niespodziewanych i negatywnych długofalowych skutków, których dziś jeszcze nikt z rządzących nie dostrzega.

Jarosław Ryba
Jarosław Ryba