Dyskwalifikujący błąd z pośpiechu

Nakazując błyskawiczne przeforsowanie ustawy o Sądzie Najwyższym (SN) przed urlopową przerwą Sejmu naczelnik państwa Jarosław Kaczyński zakładał, że ogólne rozleniwienie wakacyjne będzie okolicznością sprzyjająca skokowi na SN.

Sąd Najwyższy w Warszawie. Fot. Wikipedia Commons

Nie spodziewał się jednak tak spontanicznej, wielotysięcznej reakcji społecznej. Protestujący dotarli nawet pod jego dom na warszawskim Żoliborzu, co naturalnie kojarzy się z obchodami rocznic stanu wojennego pod willą Wojciecha Jaruzelskiego. Zaszokowany jest także prezydent Andrzej Duda, któremu urlopowicze zakłócają pobyt w helskim ośrodku Mewa, w lecie przekształcającym się w zastępcze stanowisko dowodzenia.

Wspólnym lejtmotywem protestów jest oczekiwanie potrójnego weta prezydenta wobec pakietu ustaw sądowych. Przypomnę, że chodzi o dwie nowelizacje z 12 lipca: ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa i kilku innych oraz prawa o ustroju sądów powszechnych i kilku innych ustaw, oraz ustawę z 20 lipca rozsypującą i składającą od nowa Sąd Najwyższy. Notabene ta trzecia ma istotny brak już w tytule, ponieważ również powinien on zawierać słowa „oraz o zmianie niektórych innych ustaw”. Oczekiwane przez zbierające się tłumy podpisowe „Trzy razy nie” to odwrócenie hasła „Trzy razy tak”, którego propaganda komunistyczna używała przed sfałszowanym referendum w 1946 r. Naiwność obecnie protestujących naprawdę zdumiewa, wszak Andrzej Duda swoim piórem zrealizuje ideę „Trzy razy tak”.

Ustawy zawierają błędy legislacyjne, które wychodzą po ich przeanalizowaniu. Wszystkie zostały od ręki puszczone bez poprawek przez Senat, który pod wodzą marszałka Stanisława Karczewskiego zatracił funkcję naprawiacza błędów i często wykonuje polityczny rozkaz nietykania wersji przychodzących z Sejmu. W ustawie o SN znalazły się jednak błędy bardzo grube. Nagłe skrócenie kadencji prezes Małgorzaty Gersdorf jest oczywistym złamaniem Konstytucji RP, która w art. 183 ust. 3 bez możliwości naginania tego przepisu rozstrzyga: „Pierwszego Prezesa SN powołuje Prezydent RP na sześcioletnią kadencję spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów SN”. Tytuł komentarza odnosi się jednak do wewnętrznej sprzeczności nowej ustawy. Według art. 12 § 2 nowe zgromadzenie przedstawia prezydentowi pięciu kandydatów na pierwszego prezesa SN, ale art. 18 § 1 przyznaje mu kompetencje do przedstawienia… tylko trzech. Skąd się zatem wezmą pozostali dwaj? Za tę kompromitację osobiście jest odpowiedzialny forsujący ustawę w Sejmie prokurator Stanisław Piotrowicz, który w art. 12 zmienił liczbę z trzech na pięciu, ale zapomniał o konsekwentnej poprawce w art. 18. Tego bubla nie zauważył (albo zauważył, ale milczał) nikt z posłów PiS. W Senacie jego świadomość była już pełna, ale gdyby wprowadzono poprawkę — ustawa wróciłaby do Sejmu i kalendarz nakazany przez prezesa by się posypał. Ciekawie zapowiada się rozegranie tej sprawy przez doktora prawa Andrzeja Dudę — co do idei oczywiście podpisuje, ale z błędem tak ośmieszającym, i to dotyczącym właśnie jego uprawnienia… Być może nakaże błyskawiczną nowelizację, która będzie wymagała zebrania się poza Senatem (planowo 26 lipca) również Sejmu na chociażby półgodzinnym posiedzeniu ekstra. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski