Efekty wizyty Trumpa dopiero czas pokaże

Nie ma absolutnie żadnego powodu, aby 45. prezydenta USA postrzegać inaczej, niż składających wizyty jego poprzedników z niższymi numerami.

POLITYCZNA ŻONGLERKA:Donald Trump wytycza obywatelom Stanów Zjednoczonych przyszłość pod hasłem przewodnim „America First”. W Warszawie spróbuje przekonać Polskę i cały region, że taka jego polityka nam się również opłaci. For. Bloomberg

Bytności prezydentów Stanów Zjednoczonych Ameryki w naszym kraju, podobnie jak rewizyty przywódców polskich w Waszyngtonie (pomijam tu wątek sesji ONZ w Nowym Jorku), od zawsze miały/mają przede wszystkim wymiar polityczny. Dopiero z pewnym przesunięciem czasowym przekładają się również na relacje gospodarcze. Rzecz jasna dwustronne stosunki z Wujem Samem w epoce PRL kształtowały się zupełnie inaczej niż w III RP. Radykalna zmiana nastąpiła zaś po naszej akcesji w 1999 r. do Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO), gdy doszła ścisła współpraca militarna. Wizyty i rewizyty trwają od 1972 r., zatem wypada przypomnieć kilka najbardziej znaczących dla Polski następstw.Po podróży towarzysza Edwarda Gierka w 1974 r. — który był szeregowym posłem, ale jako pierwszy sekretarz KC PZPR przyjęty został przez Geralda Forda po prezydencku — popłynął do Polski strumień amerykańskich kredytów, które nieefektywna gospodarka PRL przejadła. W III RP największym konkretem było zaś w 1997 r. oficjalne potwierdzenie przez Billa Clintona i Aleksandra Kwaśniewskiego przed Zamkiem Królewskim, że idziemy do NATO. Bytność George’a W. Busha w 2003 r. na Wawelu poskutkowała natomiast udziałem Polski w amerykańsko-brytyjskiej interwencji w Iraku.

Przypominam najgrubsze następstwa dwustronnych wizyt nieprzypadkowo. Krótki pobyt Donalda Trumpa to przecież czternasta obecność gospodarza Białego Domu na polskiej ziemi. Obecni władcy naszego kraju są pełni nuworyszowskich zachwytów, ale nie ma absolutnie żadnego powodu, aby 45. prezydenta USA postrzegać inaczej niż jego poprzedników z niższymi numerami — przynajmniej tych XXI-wiecznych. Gdy w czwartek po południu Air Force One już odleci do Niemiec — pozostaną pytania i wątpliwości, które zbiera powyższy tytuł. Dwóch obszarów potencjalnej współpracy, infrastrukturalnego i gazowego, dotyczą teksty obok.

Bardzo dużo pozostaje jednak wątków dwustronnych, które podczas krótkich rozmów Donalda Trumpa i Andrzeja Dudy oraz delegacji w pełnych składach zostaną ledwie liznięte. Prezydentowi USA towarzyszyć będą dwaj sekretarze (ministrowie) — skarbu Steven Mnuchin i handlu Wilbur Ross, ale jedynie dlatego, że cała ekipa przecież leci na szczyt G20 do Hamburga. Pozostańmy przy nadziei, że coś z nich wyciśnie wicepremier, minister finansów i minister rozwoju Mateusz Morawiecki (dla premier Beaty Szydło protokolarnie nie ma miejsca).

Istotnym wątkiem rozmów powinno być realne przyjęcie przez naszą stronę do wiadomości nieaktualności unijno-amerykańskiej umowy TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership). Może to przedłużyć o długie lata ważność podpisanego w 1990 r. traktatu o stosunkach handlowych i gospodarczych między Rzecząpospolitą Polską i Stanami Zjednoczonymi Ameryki, który wraz z dodatkowym protokołem z 2014 r. całkiem nieźle funkcjonuje.

Donald Trump decyzję o wpadnięciu na kilkanaście godzin do Warszawy podjął bardzo późno. Od początku kadencji tego nie zakładał, ale zmienił zdanie po konfrontacyjnym szczycie G7 w sycylijskiej Taorminie, będącym przedsmakiem tego, co go czeka w piątek i sobotę na G20. Słusznie założył, że w środowisku prezydentów Europy Środkowej i Wschodniej będzie miał posłuch i doczeka się oklasków, a nie krytyki, takiej jak od przywódców Niemiec, Rosji czy Chin. Właśnie zyskanie psychicznej podbudowy i naładowanie politycznych akumulatorów na Hamburg jest głównym celem jego międzylądowania.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski