Europejskie „quo vadis”, czyli niech już nie będzie ciekawie

Gospodarcza rzeczywistość zapewnia nam co i rusz kolejne zaskoczenia. Ale wystarczy nam już tych „ciekawych czasów”.

Bloomberg: Europa Środkowa już odporna na Grecję | Dyskusja.biz

Brexit postawił przed europejską gospodarką wielki znak zapytania. Wydaje się, że dla koniunktury na naszym kontynencie to nic dobrego. Ci, którzy powątpiewali w to, że sformułowanie „obyś żył w ciekawych czasach” to nic innego jak przekleństwo, mają dziś na pewnie mniej wątpliwości. Wydarzenia ostatnich lat, począwszy od kryzysu zapoczątkowanego w 2008 r., aż po wyjście Wielkiej Brytanii z UE, wyostrzyły dyskusję na temat tego, jak się strategicznie ustawić wobec skutków tego, co się wydarzyło. Co lepsze w warunkach dekoniunktury takiej jak ta dokuczająca gospodarce globalnej po ostatnim kryzysie: popuszczanie pasa (stymulowanie wydatków), czy jego zaciskanie (ograniczanie deficytu i spłacanie długu)? Czy luzowanie monetarne jest wielkim eksperymentem z niejasnym wynikiem, czy jednak wszystko jest pod kontrolą? Czy lepiej być w strefie euro, czy też poza nią? Dyskusja na temat korzyści i kosztów alternatywnych rozwiązań trwa i okresowo osiąga wysoką temperaturę.

Leczenie klinem

Ekspansja monetarna, ale też fiskalna, pozwala oczekiwać przyhamowania recesji / przyspieszenia wzrostu, jednak za cenę inflacji albo jeszcze większych deficytów budżetowych i długów publicznych (choć nie wiadomo, jak długo). Zwłaszcza ta druga perspektywa wielu przeraża, w końcu ostatni kryzys to kryzys zadłużenia. To tak, jakby leczyć kaca kielichem (może jednak skuteczne?). Zaciskanie pasa nie pociąga, bo w końcu czy da się zmniejszać dług bez wzrostu gospodarczego? To właśnie anemia PKB jest dziś głównym problemem kluczowych gospodarek świata. Jak natomiast osiągnąć wzrost ograniczając się wydatkowo? Skutki polityki zaciskania pasa – oczywiście w wydaniu trochę ekstremalnym – najlepiej widać w Grecji. Ma ono przeciwników wśród największych ekonomistów, w tym noblistów. J. Stiglitz twierdzi, że leczenie ran po tak ukierunkowanej polityce antykryzysowej może trwać całe dekady i wobec tego lekarstwo może się okazać bardziej dokuczliwe od samej choroby. Przeciwnikiem „zaciskania pasa” jest także P. Krugman.

Mniej niż zero

Z drugiej strony możliwości stymulowania gospodarek za pomocą narzędzi monetarnych już się wyczerpują. Podstawowe nominalne stopy procentowe najważniejszych banków centralnych sięgnęły bezprecedensowych poziomów (0% przestało być już psychologiczną barierą – także w naszej części Europy). Dyskusyjne jest to, czy tak daleko posunięte luzowanie ilościowe sprawdza się jako polityka pobudzania wzrostu gospodarczego, czy też co najwyżej działa jak swoisty defibrylator – narzędzie przywracania wydolności rynków finansowych. Co więc zostało? Czyżby tylko powrót do doktryny Keynesa, czyli poluzowanie, ale tym razem fiskalne? W opublikowanym jakiś czas temu felietonie inny znany amerykański ekonomista – J. Frankel – zwracał uwagę na to, że w warunkach kryzysu takiego jak ten ostatni stymulacja fiskalna może być znacznie skuteczniejsza niż monetarna. Krytycy zwracają uwagę na to, że w ciągu ostatnich dwudziestu lat nie odnotowano przypadku gospodarki otwartej o rozmiarach porównywalnych z polską, która doświadczałaby trwałego i stabilnego wzrostu, któremu towarzyszy permanentny deficyt budżetowy będący skutkiem stymulowania fiskalnego.

Już wystarczy

Dla Polaków żyjących w kraju, którego gospodarka – póki co – rośnie w przyzwoitym tempie a stopy procentowe zachowały prowzrostowy potencjał zmiany w dół, bardziej emocjonującą kwestią jest pewnie kwestia przyszłej decyzji walutowej (złoty czy euro). Niedawno ukazała się interesująca książka S. Kawalca i E. Pytlarczyka („Paradoks euro”) ze śmiałą tezą, z której – w skrócie – wynika, że wspólny rynek w Europie jest pomysłem dobrym, podczas gdy wspólna waluta – złym. Korzyści odrębności walutowej w pełni uwidoczniają się właśnie w okresach szoków i turbulencji gospodarczych. Kto wie, co by było, gdybyśmy weszli w ostatni kryzys z euro zamiast złotówki, która – jak automatyczny stabilizator – osłabiła się o ok. 30%. Są oczywiście tacy, którzy wskutek tego stracili – dramatycznie zmieniła się przecież sytuacja „frankowiczów”. Choć kryzys przewidzieć było trudno, to dewastujący wpływ kredytów walutowych na sektor gospodarstw domowych – jednak tak (przypominam sobie decyzje Jana Krzysztofa Bieleckiego za czasów kierowania Bankiem Pekao SA). Szkoda, że mądry Polak po szkodzie.

Czyżby czekały nas jeszcze bardziej ciekawe czasy, w których wzrost gospodarczy będzie ekonomiczną osobliwością (odsyłam do prac kolejnego amerykańskiego ekonomisty, R. Gordona), a demontaż unii walutowej w Europie stanie się czymś więcej niż political fiction? Myślałem, że już są wyjątkowe. Może już wystarczy? Może niech nie będzie już bardziej ciekawie?

Andrzej Cwynar