Groźny plan Morawieckiego

Za Gierka były hasła o „dalszym dynamicznym rozwoju naszego kraju” teraz Morawiecki i Szydło prawią o rozwoju „sprawiedliwym, skoordynowanym i równomiernym”. To jest bardzo zły program, bo to jest program rządowy.

Jak słyszę, że państwo ma coś wspomagać, rozwijać – to, ze złości, czuję zamęt w głowie i mam kłopoty z żołądkiem. Dlaczego? Bo skutek takich działań, o ile zostaną podjęte, jest zwykle zerowy lub nawet ujemny. Jedyne co mnie pociesza, to to, że w ogromnej większości przypadków tylko na zapowiedziach (na szczęście) się kończy. Zwołuje się z wielką pompą konferencje, bije w dzwony, wypowiada tysiące słów o tym, że od teraz będzie lepiej, inaczej, po prostu wspaniale. Rozwój będzie bardzo szybki i każdy będzie mógł na tym skorzystać „niezależnie od tego gdzie mieszka”. Okazuje się, że „rządowi przede wszystkim zależy na równym dostępie do możliwości, jakie daje państwo”. Itd.

Rząd ma wspierać przemysł lotniczy, zbrojeniowy, stoczniowy, chemiczny, motoryzacyjny czy IT. Dlaczego akurat te a nie inne? Bo mają mocnych i ustosunkowanych w rządzie lobbystów? I dlaczego rząd ma w ogóle wspierać jakieś gałęzie przemysłu? Jeśli jakieś produkty są potrzebne, to się je opłaca produkować i firmy same się za to biorą – nie trzeba ich zachęcać. Jeśli rząd będzie te branże dotował, to odbędzie się to przecież kosztem innych branż – w gospodarce i finansach nie ma nic za darmo.

Ma być wspierany eksport, tylko nie wiadomo dlaczego. Przecież czasy wywodzącego się z siedemnastego wieku merkantylizmu już dawno minęły. Nie musimy też, jak za Gierka, walczyć eksportem o „cenne dewizy”. Warto pamiętać, że im większy eksport tym musi być większy import: jeśli jakaś firma więcej eksportuje to inna więcej importuje i wypycha produkowane u nas towary z naszego rynku. A wszystko to dzięki płynnemu kursowi złotówki. Co więcej, firmy eksportujące mają zerową stawkę VATu i otrzymują ogromne zwroty tego podatku. Podsumowując: eksportu nie trzeba i nie powinno się wspierać.

Ma być wspierana innowacyjność. Problem w tym, że innowacyjności nie można wywołać jakimikolwiek rządowymi programami, zachęcać do niej, czy nawet zmuszać. Ona się pojawi nie wiadomo gdzie i kiedy. Albo nie pojawi.

Ma być „wpompowany bilion złotych w gospodarkę”. Ciekawe jak sobie rząd to wyobraża. Będą firmy zmuszać do brania pożyczek i inwestowania? Częściowo zapewne tak – chodzi o spółki skarbu państwa, którym rząd ma kazać inwestować. Będą więc inwestować „na rozkaz” czyli nie stosując rachunku ekonomicznego ale wykonując rozkazy. Takie „inwestycje” na pewno przyniosą straty.

Wszystkie te zamierzenia, to dowód na analfabetyzm ekonomiczny ich autorów.

Państwo ma być teraz bardzo przyjazne przedsiębiorcom, podatki zostaną uproszczone, kontroli będzie mniej. Tego typu zapowiedzi słyszymy, my przedsiębiorcy, od lat i co? I nic. Fiskus i celnicy coraz bardziej naciskają, kontrole ZUSu, PIPu i cały korowód innych, pomniejszych panoszy się coraz bardziej. Ściganie przedsiębiorców nabiera intensywności, tempa, jest coraz bardziej bezwzględne, często łamane jest prawo. Co do uproszczenia podatków, to wiadomo co trzeba zrobić: jedna stawka VAT, jedna składka na ZUS, zniesienie PITu od wynagrodzeń za pracę – o tym się mówi i pisze od lat. Czy „drużyna PiSu” to zrobi? Zobaczymy. Logika programu Morawieckiego wskazuje raczej na to, że przedsiębiorcom „przykręci się śrubę”, bo przecież na te rządowe programy wspierania wszystkiego potrzebne będą ogromne pieniądze. Obym się mylił.

Słów na ten temat padło już naprawdę bardzo wiele. W dziedzinie „ułatwiania” życia przedsiębiorcom i upraszczania podatków czas po prostu przejść od słów do czynów.

 

Jacek Chołoniewski