I zwyczajnie, i nadzwyczajnie

Nowa władza, krytycznie oceniająca wiele decyzji poprzedniej, próbuje dobierać się do niej zarzutami karnymi.

Środowe przesłuchanie Donalda Tuska przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie, a dokładniej jej wydział ds. wojskowych (dawniej była to odrębna prokuratura) to czynność procesowa zarówno zwyczajna, jak i nadzwyczajna. W tym pierwszym kontekście polski obywatel po prostu stawił się na wezwanie państwowego organu. Notabene uzgodniony termin 19 kwietnia wiązał się z krótką bytnością wielkanocną przewodniczącego Rady Europejskiej w domu rodzinnym w Sopocie. Poprzednio prokuratura popisała się bezmyślnością, wysyłając z zaskoczenia wezwanie na 15 marca — a przecież wystarczyło spojrzeć do internetu, by wiedzieć, że ze względu na sesję Parlamentu Europejskiego w Strasburgu bytność Donalda Tuska owego dnia gdziekolwiek indziej jest wykluczona. Tamten urzędniczy blamaż na szczęście stał się już nauczką, że wobec przewodniczącego RE wszelkie instytucje krajowe — prokuratura, komisja sejmowa etc. — w sensie kalendarzowym są… petentami. I tak będzie aż do 30 listopada 2019 r.

Nadzwyczajność przesłuchania wynika zaś z faktu, że zeznania świadka Donalda Tuska bezpośrednio wiązały się z jego decyzjami jako prezesa Rady Ministrów. Śledztwo dotyczy współpracy Służby Kontrwywiadu Wojskowego z rosyjską Federalną Służbą Bezpieczeństwa, prowadzonej w latach 2010–13. W szczegółach tamta umowa oczywiście jest tajna, ale generalnie dotyczyła wycofywania z Afganistanu polskiego kontyngentu wojskowego, dla którego droga powrotna prowadziła częściowo przez teren Rosji. Bezsporny jest zdecydowanie szerszy kontekst tego śledztwa — oto nowa władza, krytycznie oceniająca wiele decyzji poprzedniej, próbuje dobierać się do niej zarzutami karnymi. To ogólnoświatowy i ponadustrojowy standard. Zapowiedzi takich rozliczeń w Polsce słyszymy bardzo wiele, w najróżniejszych dziedzinach, również w obszarze transakcji biznesowych, ale wobec pustki dowodowej wszystko ogranicza się do politycznego chciejstwa. Wspomniane śledztwo wojskowe wypada zatem traktować jako poligon większej ofensywy.

Świadek Donald Tusk wczoraj na pewno potwierdził, że znakomicie zna się na budowaniu swojego wizerunku.

W tej sztuce zaliczająca bez przerwy wpadki ekipa PiS naprawdę może u niego terminować. Jako premier podróżował na trasie Gdańsk — Warszawa i z powrotem rządowym samolotem, a tu zaskakująco przyjechał do stolicy na białym koniu… pardon, rozkładowym pendolino. Przy okazji odkrył w sobie wobec tego włoskiego składu uczucia „współojca”. Polubił również piesze marsze, nie tylko w Sopocie, lecz zwłaszcza przez centrum stolicy w otoczeniu mediów. Ciekawe, że ostatnio podczas unijnego szczytu na rzymskim Kapitolu nie poszedł tropem prezydentów i premierów, którzy ze świętego wzgórza schodzili po czerwonym dywanie piechotą — przewodniczący RE jak przyjechał, tak i odjechał limuzyną. Ale wczorajszy przemarsz w Warszawie wizerunkowo wypadł znakomicie. Towarzysząca byłemu premierowi rzesza rzecz jasna była w swoich sympatiach/antypatiach biegunowo podzielona, ale taki już los polityka. Podczas smoleńskich uroczystości 10 kwietnia wobec Jarosława Kaczyńskiego skandowano z jednej strony „Jesteś królem!”, a z drugiej „Będziesz siedział!”. Wczoraj zgromadzony suweren podobnie rozbieżnie wartościował Donalda Tuska.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski