Jak to Wars ciastami Bliklego handluje

Klient awanturujący się poszedł jeść do wagonu gastronomicznego. I dokonał odkrycia.

Katowice, 23.07.2015. Wagon PKP Intercity. Fot. Marek Kuwak / FORUM

fot: Forum

Pisze człowiek o tej branży spożywczej i niestety strzela mu do głowy, żeby sprawdzać półki i karty dań. Pod koniec grudnia donosiliśmy, że A. Blikle, słynna warszawska marka cukierni, wjeżdża do Warsu. Ano rzeczywiście. W menu szarlotka i sernik jak byk z logo A. Blikle i ceną 8 zł (co ważne dla dalszych rozważań – innych ciast w karcie nie ma). Podejść do ich skosztowania zrobiłam pięć. Dwa razy „wyjątkowo w dniu dzisiejszym” Warsu w składzie nie było. Dwa tygodnie temu nastąpiła próba numer trzy. Zamówiłam „szarlotkę od Bliklego”. Dostałam szarlotkę. Wyglądała i smakowała inaczej niż te znane z warszawskich lokali sieci, ale pamięć jest zawodna, a wiele cukierni modyfikuje skład. Zjadłam i zapłaciłam za tego Bliklego. Próbę powtórzyłam wyjeżdżając na miniony weekend. Tym razem jednak przed złożeniem zamówienia dokładnie wypytałam kelnera – czy to na pewno jest szarlotka od Bliklego, tak jak jest napisane w menu: „A nie nie, tym razem jest od nas z firmy” – padła odpowiedź. Ludzie za mną zamówili tego nieświadomi. Bo nikt ich nie uprzedził. Powrót pociągiem do Warszawy przyniósł kolejne podobne obserwacje – panie z przedziału zamówiły dwa ciasta od Bliklego. Dostały dwa ciasta. Nim zapłaciły, zapytałam kelnera czy to są na pewno produkty Bliklego, bo wyglądają inaczej: „A nie, nie są, ale takie wzięliśmy z magazynu centralnego” – usłyszałam.

I tak się zastanawiam, że to musi być świetny pomysł biznesowy. Sprzedawać ciasta jednej z droższych przecież cukierni, ale de facto wciskać klientom coś innego, niewiadomego pochodzenia (nie twierdzę, że gorszego, bo tego nie wiem, badania składu ciastka też nie wykonałam, a smak – kwestia gustu). Oczywiście każdy lokal ma prawo mieć braki w towarze, ale nie ma prawa nie poinformować klienta, że dostanie coś innego niż zamówił.

Zastanawiam się też, jakie ma to konsekwencje dla obu marek. Wars od dłuższego czasu inwestuje w wizerunek miejsca z dobrymi produktami. „Naturalne, świeże, zdrowe” to niektóre z jego haseł. Jako klient oszukany w tak błahej sprawie jak ciasto, zaczynam się zastanawiać jak jest z bardziej zaawansowanymi posiłkami. A chęć ograniczenia zakupów w miejscu, gdzie nabierają klientów, jest naturalna. Konsekwencje dla Bliklego? Też ciekawe, choć pewnie niemierzalne. Jeśli komuś nie zasmakuje ta niby ich szarlotka, to nie wróci prawdopodobnie do prawdziwych zakupów pod tym szyldem. Żal jednak jednej z bardziej znanych polskich marek, która przespała sporo lat i próbuje dopiero odzyskać trochę swojej dawnej świetności. Wkład do Warsu w formie logo do karty bez sprzedaży produktów raczej w zwiększaniu obrotów i rozwoju sprzedaży nie pomoże.

Nie wiem, na ile powszechny to proceder. Wiem, że na trzy podróże, podczas których Wars był dołączony do pociągu, sytuacja się powtórzyła. Może to jest to słynne dziennikarskie wyczucie czasu i miejsca 😉

Michalina Szczepanska
Michalina Szczepanska