Jeden podatek, by rządzić wszystkimi…

Trzy podatki dla władców Sejmu pod warszawskim niebem. Siedem dla unijnych dyplomatów w ich brukselskich pałacach. Dziewięć dla samorządów, ludzi długom podległych. Jeden dla Ministra Finansów na czarnym tronie w nadwiślańskiej krainie, gdzie zaległy cienie. Jeden, by wszystkimi rządzić, jeden, by wszystkie odnaleźć. Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać.

Polski system podatkowy jest skomplikowany i kosztowny.  Praktycznie nie istnieje, żadna sfera ludzkiego działania, która byłaby wolna od podatków.  Duża liczba przepisów, mnogość danin publicznych oraz odpowiednie ich skomplikowanie to najlepszy sposób na wzrost biurokracji. Czy zatem nie lepiej byłoby zastąpić kilkanaście podatków jednym?

Krótka diagnoza systemu podatkowego Polski to nadmierne skomplikowanie. Procesy podatkowe nie są transparentne, społeczeństwo nie ma pojęcia ile, gdzie, komu i za co płaci.  Biurokratyzm mnoży koszty, wpływa na efektywność poboru danin publicznych oraz sprawia, że obywatel czuje się wrogiem państwa, które robi bardzo wiele, aby nakłonić go do wyjazdu.

Składki to podatki i koniec kropka. Przede wszystkim dlatego, że są obowiązkowe, a państwo karze za ich niepłacenie. Fakt, że gwarantuje za nie świadczenie zwrotne ma charakter iluzoryczny, bo ustawodawca wielokrotnie udowodnił wyborcom, że może praktycznie dowolnie zmieniać zasady redystrybucji środków zgromadzonych w ramach składek.

Ile podatków?

Przeciętny pracownik płaci 6 składek od wynagrodzenia: społeczną, rentową, chorobową, zdrowotną, na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Nie ma znaczenia to, że część z nich leży po stronie pracodawcy, bo i tak muszą być one uwzględnione przy planowaniu wysokości wynagrodzenia przewidzianego w budżecie na danego pracownika. Słowem, to tylko ukrycie rzeczywistych kosztów zatrudnienia przed zatrudnionymi. Do tego dochodzi zaliczka na podatek dochodowy, która pomniejszana jest o część składki zdrowotnej.

To już 7 różnych podatków. Jednak to nie koniec. Mamy jeszcze VAT, akcyzę, podatek od nieruchomości, cła, podatek od czynności cywilno-prawnych, opłatę za psa, podatek belki, od spadków, wygranych w grach losowych i wiele innych opłat, które ogranicza tylko i wyłącznie wyobraźnia ustawodawcy. W sumie ok. 70% naszych dochodów różnymi kanałami wraca do budżetu państwa, samorządów, funduszy składkowych czy nawet instytucji kulturalnych.

Ostatnio okazało się, że osoby zatrudnione na kontraktach menadżerskich oraz prawdopodobnie samozatrudnieni i ludzie pracujący na podstawie umów zlecenia i o dzieło, mają obowiązek płacić podatek od przychodu powstałego na skutek przekazania im przez pracodawcę narzędzi niezbędnych do wykonywania przez nich usług na jego rzecz. Wcześniej dowiedzieliśmy się, że przychodem są zakąski skonsumowane na imprezie firmowej. Z drugiej strony wiele przedsiębiorstw upada z powodu wstrzymania im wypłaty zwrotu za VAT, itd. Poziom skomplikowania sprawia, że przeciętny człowiek nie ma absolutnie szansy na poradzenie sobie z podatkami bez pomocy wykwalifikowanego, licencjonowanego księgowego.

Ile to kosztuje?

To naturalnie generuje koszty, zarówno po stronie płatnika podatków, jak i jego biorcy, czyli państwa. Pieniądze te są stracone na produkcję ton dokumentów, rozporządzeń, decyzji, interpretacji, itp. Zabierają bezcenny czas, a środki wydane na obsługę tego całego systemu  w myśl twórczości Bastiata, to nic innego jak marnotrawstwo. Co więcej, niektóre podatki państwo płaci same sobie, np. podatek dochodowy osób zatrudnionych w sektorze budżetowym.

Koszty nie są małe.  Na pensje urzędników, którzy zajmują się tylko rozliczaniem podatku PIT wydajemy 2 mld zł rocznie. Łącznie w polskiej administracji podatkowej pracuje ok. 50 tys. ludzi. Ich utrzymanie kosztuje nas ok. 6 tys. zł miesięcznie, co daje w sumie 3,6 mld zł rocznie tylko na pensje. Dodając do tego pozostałe koszty utrzymania instytucji skarbowych, w sumie koszty oscylują w granicach 5 mld zł. Cóż to jest w porównaniu do 266 mld zł dochodów z podatków? Rzecz w tym, że koszty utrzymania skarbówki nie uwzględniają urzędników zatrudnionych w ZUS, KRUS, celników, urzędów miejskich, itp., a przecież tutaj również płaci się podatki.

Trudno oszacować łączne koszty po stronie odbiorcy administracji państwowej, ale jeszcze trudniej zmierzyć te po stronie płatników. Naturalnie, oprócz wartości samych podatków, do kosztów trzeba doliczyć zmarnowany czas na ich opłacenie oraz inne czynności, które trzeba było ponieść, by spełnić swój obywatelski obowiązek, np. poczta, rachunki za księgowego, pieniądze wydane na paliwo potrzebne na dojazdy do urzędów, itp.

Półtora roku temu, ministerstwo gospodarki podało, że likwidacja niektórych obowiązków administracyjnych ujętych w ustawie de regulacyjnej bis przyniesie firmom oszczędności rzędu miliarda złotych rocznie. Zmiany dotyczyły takich drobnych spraw jak likwidacja Monitora Polskiego B, możliwość wykorzystania zaległego urlopu do końca września, itp. Zatem, ile miliardów złotych oszczędności zyskaliby podatnicy, gdyby zamiast płacić 9 lub 10 różnych danin w różnych terminach, płacono tylko jeden lub dwa?

Czy państwo by na tym straciło?

Niekoniecznie. Przede wszystkim państwo to obywatele, a nie armie urzędników, którzy w przeważającej części również tracą na kształcie tego systemu i wcale nie zarabiają kokosów. Jak zmienić system podatkowy? Poniżej dwa skrajnie różne, ale za to proste rozwiązania.

  • Być może warto zlikwidować wszystkie podatki bezpośrednie, a w zamian za to wprowadzić  jednolitą stawkę VAT w wysokości np. 30% lub 50%, tak aby dochody do budżetu państwa były na nie zmienionym poziomie. Budżet państwa zarabiałby wtedy tylko w sytuacji, gdy ludzie rzeczywiście podejmują jakieś działania gospodarcze.  Tu jednak pojawiłby się problem z odliczeniami VAT-u przez przedsiębiorców. To nie jest problem nie do rozwiązania.

5 razy „tak” dla likwidacji PIT

  • Inna propozycja to powrót do pogłównego. W Polsce rzeczywiście mieszka ok. 37 mln obywateli, z tego 24 mln w wieku produkcyjnym. Żeby państwo utrzymało dochody na niezmienionym poziomie, każdy musiałby zapłacić ok. 12 tysięcy złotych podatku rocznie, czyli 1 tys. zł miesięcznie. I koniec podatków. Ceny żywności, paliwa, odzieży, mieszkań, samochodów i innych rzeczy naglę robią się średnio o 30% tańsze. Uwzględniając to ile składek i podatków płaci pracownik otrzymujący płacę minimalną to i tak wyszedłby na plus. A co z tymi, którzy nie pracują, tylko np. się uczą? Tacy ludzie zwykle też mają jakiś dochód, np. od rodziców, więc też płacą VAT, akcyzę, i inne podatki. Dla nich można obniżyć pogłówne. W zamian za to wprowadzić jeden zryczałtowany podatek od firm. To oczywiście tylko propozycja.

System można uprościć, trzeba tylko chcieć. Jestem pewien, że cała ustawa o podatkach w Polsce zmieściłaby się na 10 stronach maszynopisu. Korzyści byłoby mnóstwo.

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak