Kredyty, głupcze!

W kontekście pierwszej demonstracji w ramach akcji „Zero haraczu” warto zastanowić się nad różnymi aspektami tego zjawiska – od przyczyn, przez formę protestu i szanse jego powodzenia, aż po możliwe skutki, zarówno te natychmiastowe, jak i odłożone w czasie.Warto też uświadomić sobie, że nie nam pierwszym – i na pewno nie ostatnim – się to przydarza.

FOT. Marek Wiśniewski

Niecałe dwa lata temu ukazał się artykuł pod wymownym, i swobodnym jak na naukowe standardy, tytułem „Nie jesteś pożyczką” (przy okazji świetna gra słów nawiązująca do poruszającego przeboju Michaela Jacksona „You Are Not Alone”), w którym autor postawił tezę, że tak jak w XX w. pożywką ruchu antykapitalistycznego były kwestie płacowe, tak jego symbolem w XXI w. będzie dług. Być może szukając przyczyn upadków rządów i szans na przejęcie władzy przez pretendentów, będziemy już wkrótce odpowiadać: „Kredyty, głupcze!”.

Co do przyczyn, to te są jasne. Niezadowolenie z braku ustawowego przewalutowania skłoniło frankowych kredytobiorców zrzeszonych w „Stop Bankowemu Bezprawiu” do sięgnięcia po mocniejsze niż dotychczas formy nacisku, mające charakter „kredytowego strajku” – wstrzymania spłaty rat do trzech miesięcy. Niektóre skutki wzięcia udziału w takiej akcji stosunkowo łatwo przewidzieć. Najprawdopodobniej banki niezwłocznie zgłoszą uczestników takiego „ruchu oporu” do BIK-u, co może mieć dla nich długofalowe reperkusje (odmowa udzielenia kredytu czy pożyczki w przyszłości, droższe produkty finansowe itp.), pod warunkiem, że nie będziemy świadkami jakiejś formy abolicji pod tym względem. W świetle projektu tzw. ustawy spreadowej „strajkujący” zostaną też prawdopodobnie wykluczeni z grona uprawnionych do zwrotu spreadów, który ma objąć wyłącznie kredytobiorców regularnie spłacających zobowiązania.

0 haraczu = 3 mld zł zagrożonych należności

Skutki dla banków trudniej oszacować, choć jakieś przybliżenie można zrobić nawet na restauracyjnej serwetce. Z ostatnich danych BIK wiemy, że kredytów frankowych mamy w Polsce 529 tys. na łączną kwotę 167 mld zł. Daje to kredyt o średniej jednostkowej wartości 315 690 zł. Przy średnim kursie CHF na poziomie 3,97 zł, daje to miesięczną ratę w wysokości prawie 1900 zł, co oznacza, że globalnie wstrzymanie płacenia rat skutkowałoby powstaniem zagrożonych należności na poziomie ok. 3 mld zł. To dość dużo – niewiele mniej niż dolna granica szacunków zagregowanego kosztu zwrotu spreadów. Przekroczenie granicy trzech miesięcy będzie natomiast skutkować koniecznością utworzenia przez banki rezerw, które ograniczą możliwości prowadzenia przez nie akcji kredytowej (zmniejszy się zasilanie gospodarki w pieniądz). Mówimy tu oczywiście o masowym udziale w akcji kredytowego nieposłuszeństwa, który jest mało prawdopodobny. Jednak, gdyby do niego doszło, to skutki dla sektora bankowego i całej gospodarki, mogłyby być niemałe.

Czym przeciąć bankowe kajdany?

Akcje nieposłuszeństwa wobec banków miały miejsce już wcześniej. „Zero haraczu” wpisuje się w nurt zapoczątkowany przez „Occupy Wall Street”, czyli ruch wymierzony przeciwko Wielkiej Finansjerze. Protestowano i protestuje się różnie: od ulicznych demonstracji, poprzez okupację instytucji obwinianych o udział w opresyjnym systemie finansowym, aż po „nagie protesty” (zapowiadane np. w związku z kredytami frankowymi w Serbii). W tym wachlarzu sięgnięcie po wstrzymanie spłaty kredytu należy do bardziej radykalnych rozwiązań. Odwoływanie się do niego ma pewną tradycję jedynie w Stanach Zjednoczonych, gdzie tamtejszy odpowiednik naszego problemu frankowego – problem kredytów studenckich – próbowano rozwiązać między innymi w ten sposób. Jednak bez większego powodzenia.

Powodzenia trudno też oczekiwać u nas, zważywszy na to, że frankowicze decydują się na tę akcję w sytuacji, gdy stworzono im perspektywy indywidualnego wynegocjowania z bankami rozwiązania problemu. W Stanach Zjednoczonych odwoływano się do odmowy spłaty kredytów właśnie po to, by skłonić banki do negocjacji. W tym świetle jest to kampania, która może wzbudzać duże kontrowersje. Prawdopodobnie kontekst protestu będzie miał przełożenie na małe szanse zebrania „masy krytycznej” dla tego projektu – część kredytobiorców nie zdecyduje się na wzięcie udziału w akcji, obawiając się konsekwencji. Nie można jednak odmówić ludziom prawa do oprotestowania tego, co uważają za krzywdzące. W końcu historia pokazuje, że obywatelskie nieposłuszeństwo nie raz było motorem zmian społeczno-ekonomicznych. Z reguły jednak przy znacznie większej skali zjawiska i jednoznacznie opresyjnym systemie.

Andrzej Cwynar