Life after Brexit

Reakcja po-brexitowa jest podobna do tej w Polsce po ostatnich wyborach prezydencko-parlamentarnych.  Niedowierzanie, pogarda i niewiara, iż mamy do czynienia z czerwoną kartką wystawioną przez obywateli.

FOT. Jason Alden/Bloomberg

FOT. Jason Alden/Bloomberg

Polityka i ekonomia – to trywialne połączenie jeszcze nigdy nie dawało tak silnych znamion nierozerwalności jak teraz. Imigranci budzący strach i odrazę z jednej strony, a nadzieję i współczucie z drugiej, co przy podlaniu całości sosem demograficznej katastrofy, brakiem rąk do pracy i ideologicznym multi-kulti stanowi o ważności tezy zawartej w zdaniu poprzednim.

Zaraza, robactwo odbierające miejsca pracy i żerujące na systemie opieki socjalnej czy szansa na łatanie dziur w konstrukcji emerytalnej, rynku pracy i socjologiczne wybudzenie społeczeństwa z letargu.  Czy może być coś bardziej politycznego i ekonomicznego zarazem?  A, przepraszam… byłbym pominął aspekt terrorystycznego zagrożenia wymuszającego wzmożone wydatki obronne i przekonfigurowanie priorytetów społecznych.  Czy Cameron decydując się na ogłoszenie referendum w Wielkiej Brytanii kilka lat temu spodziewał się tak nieszczęśliwego timingu? Oczywiście nie. Zagrał krótkoterminowo, kalkulując tu i teraz polityczne korzyści. Efektem Brexit, czyli w rozumieniu elit europejskich zdarzenie w kategorii prawdopodobieństwa tożsamego z przejechaniem niepełnosprawnej zakonnicy po pijanemu. Co ciekawe reakcja po-brexitowa jest podobna do tej w Polsce po ostatnich wyborach prezydencko-parlamentarnych.  Niedowierzanie, pogarda i niewiara, iż mamy do czynienia z czerwoną kartką wystawioną przez obywateli.

W Polsce prof. Mikołajko mówi o chamach, którzy otrzymują 500+, w UK podnosi się kwestię ignorancji oddających głosy, którzy dopiero po referendum weryfikowali hasło Brexit w przeglądarkach. Na tym poczuciu nieomylności elity europejskie chcą więcej Europy w Europie, czyli …. nic się nie stało, Europo nic się nie stało! Szef PE Martin Schulz stwierdził, iż wyjście Wielkiej Brytanii z UE spowoduje, że pozostali członkowie UE będą musieli zająć się reformami, walką z bezrobociem, problemem sprawiedliwości społecznej i migracji – tak jakby inny wynik głosowania w UK te problemy mógł odsunąć w niebyt. Zwrócił uwagę na znaczący spadek wartości funta, wyrażając życzenie, aby nie doszło do takich perturbacji z EURO. No tak, bo EURO ma się rewelacyjnie, a kłopoty państw peryferyjnych, zapaść systemu bankowego czy brak reform w głównej mierze uzależnione były od referendum w UK. Merkel, Renzi czy Hollande mogą teraz trochę postraszyć Brexitem, zwierając własne szeregi o ile… chaos na Wyspach Brytyjskich nie zostanie opanowany. Ale to perspektywa odległa w czasie, a dyscyplinę strefy EURO można wymusić działaniami EBC.

A co ma uczynić inwestor? Normalna reakcja to sprzedaż aktywów ryzykownych, kupno USD i złota oraz obligacji skarbowych, ale czy słusznie?

Wydaje się, że przekornie i kontrariańsko względnie bezpieczną alternatywą inwestycyjną mogą być aktywa uznawane w normalnej sytuacji za skrajnie ryzykowne. A to z tej przyczyny, iż są one wolne od nadmiaru pozycji spekulacyjnych. Rosja, Ameryka Łacińska, wybrane surowce – zwłaszcza tzw. „soft commodities” i wbrew pozorom pozycja krótka na obligacjach, które w sytuacji podwyższonego ryzyka kupowane są na potęgę z pominięciem aspektu dochodowego. Jaki sens, bowiem ma nabycie obligacji z negatywną rentownością? Wszystkie w miarę płynne rynki akcji mogą być narażone na krótkoterminowe wahania, właśnie ze względu na swą płynność.  Obligacje, które nie spełniają kryterium dochodowego, z płynnością pozostawiającą wiele do życzenia i z nadziejami, że banki centralne wydrukują na tyle gotówki, aby wykupić cały swój dług, zaczynają wyglądać podejrzanie. Witaj nowa ekonomio, żegnaj zaściankowy świecie wierzący w wydajność, oszczędność i rozsądek inwestycyjny.  Pozycja krótka na obligacjach skarbowych wydaje się logiczna i to takich państw jak Francja, Niemcy, a może nawet Japonia. Obcięcie ratingu dla UK wespół ze słabszym funtem może wzmóc presję inflacyjną. Inne kraje rozwinięte rozpoczną kolejny etap dodruku gotówki w ramach QE (być może skierowane do obywateli a nie systemu bankowego czyli QE for people), co powinno się w końcu przełożyć na wycenę ich papierów dłużnych. Akcje notowane na GPW w Warszawie także byłyby dobrym miejscem alokacji części środków inwestycyjnych gdyby nie nawis strachu związany z nacjonalizacją pozostałej części OFE. Tylko złoto w umiarkowanych ilościach wraz ze srebrem wydaje się mieć zdroworozsądkowe uzasadnienie inwestycyjne, aczkolwiek jedynie w ograniczonym zakresie i tylko poprzez fizyczne posiadanie, a to ze względu na pamięć chociażby rozporządzenia 6102 w USA i konfiskacie złota obywateli. O frankach nie chce mi się pisać. Złoty ma ten feler, że w perspektywie (miesięcy/lat) może stać się obiektem zmasowanego ataku i brak rozwiązania problemu spekulacyjnego zadłużenia w walucie obcej, a takim jest pozycja w kredytach frankowych, zemści się dramatycznie.

Wojciech Łaciak
Wojciech Łaciak