Mandat od jedynie 18,7 proc. suwerena

W pierwszą rocznicę wyborów parlamentarnych z 25 października 2015 r. obecna władza dęła w surmy chwały dość umiarkowanie. Tzw. owocne podsumowania i zasłużone retrospekcje skoncentrują się zapewne 16 listopada na rocznicy zaprzysiężenia rządu Beaty Szydło, a także 18 listopada, kiedy wypada rok od sejmowego exposé i wotum zaufania. Działalność samego gabinetu to rzeczywiście odrębny temat, ale jego opokę stanowiły przełomowe wybory.

Beata Szydło Fot. Marek Wiśniewski

Już wiele tygodni przed 25 października było jasne, że zdecydowanie najwięcej mandatów zdobędzie Prawo i Sprawiedliwość (PiS). Z takim pewnikiem w dziejach III RP mieliśmy wcześniej do czynienia tylko raz — gdy w 2001 r. na gruzach Akcji Wyborczej Solidarność (AWS) triumfował Sojusz Lewicy Demokratycznej (SLD) w koalicji z Unią Pracy (UP). We wszystkich demokratycznych wyborach pod koniec XX wieku, a także głosowaniach w latach 2005, 2007 i 2011 zwycięzca był spodziewany, jednak po zamknięciu lokali wszyscy z napięciem czekali na wyniki. Tym razem powtórne zdobycie złotego medalu przez PiS (poprzednio w 2005 r.) było tzw. oczywistą oczywistością, ale prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu zależało na uzyskaniu pierwszy raz w III RP większości bezwzględnej w Sejmie. Przeskoczenie poprzeczki na wysokości 231 mandatów wydawało się niemożliwe, a jednak…

Zdobycie przez zwycięską partię ponad 200 mandatów było skutkiem rozwoju sytuacji w Polsce oraz kampanii wyborczej. Zdumiewający wynik aż 235 to już jednak następstwo splotu okoliczności niezależnych od PiS. W urnach jego lista zdobyła 5 711 687 ważnych głosów, których przetworzenie na poselskie mandaty zależało od… konkurencji. Niesamowitym fartem PiS było niewejście do Sejmu listy Zjednoczonej Lewicy (ZL). Leszek Miller zagrał wysoko i ryzykownie, jego ekipa zdobyła 1 147 102 głosy, czyli 7,55 proc. ważnych — ale do koniecznego dla komitetu koalicyjnego progu 8 proc. zabrakło 68 952 krzyżyki. Aż 550 349 lewicowych wyborców poszło do partyjki Razem, która realnie zaistniała dopiero podczas ostatniej debaty telewizyjnej i wykorzystała efekt świeżości. Gdyby ZL wskoczyła do Sejmu, to od razu na poziomie 35-38 mandatów, na które musieliby się zrzucić wszyscy, którzy faktycznie weszli. Urobek PiS stopniałby do 216-218 posłów, zatem konieczny stałby się koalicjant — może Kukiz ’15, może PSL, inne kluby raczej nie wchodziłyby w grę. Obraz Sejmu i w ogóle polskiej polityki byłby od roku zupełnie inny, wykluczone zostałoby tak dominujące na początku kadencji nocne szaleństwo legislacyjne etc.

W rocznicę wyborów wypada przypomnieć także drugą przemilczaną, a bardzo niewygodną liczbę. Frekwencja wyniosła rok temu tylko 50,92 proc., zatem blisko połowa społeczeństwa w ogóle nie była zainteresowana, kto będzie rządził. Krzyżyki postawione na listę PiS stanowiły 37,58 proc. głosów ważnych — w tej kategorii wyszło znakomicie, ale socjologicznie bardziej uczciwe jest odniesienie ich do liczby wszystkich Polaków uprawnionych do głosowania, czyli do 30 629 150. Ten sam rezultat z urn od razu staje się mikry — PiS poparło zaledwie 18,65 proc. elektoratu, czyli znacznie mniej niż 1/5. Tylko od tak małej części tzw. suwerena obecni władcy kraju otrzymali rok temu mandat do wprowadzania tzw. dobrej zmiany. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski