Marketingowa idea narodowa

Profesjonalna kreatywność stopiła się z naturalnym pragnieniem wykrzyczanym przez naród.

Fot. Maciej Gillert-FORUM

Radosny nastrój narodowego podniecenia po awansie piłkarzy do finałów mistrzostw świata 2018 w Rosji nie gaśnie. W spodziewanym, ale tak wyczekiwanym sukcesie naturalnie chcą się ogrzać przede wszystkim reprezentanci władzy. Zdążyłem usłyszeć nawet tezę, że po 12 latach mundialowej posuchy obecny awans to widoma oznaka… dobrej zmiany. To taka sama niedorzeczność, jak w 1982 r. w stanie wojennym (został wtedy zawieszony 22 lipca, a mundial w Hiszpanii zakończył się wcześniej) WRON-a (Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego) podkreśliła, że trzecie miejsce ekipy Antoniego Piechniczka to widomy efekt postępującej w kraju stabilizacji i normalizacji.

Co do samego awansu Polski do mundialowych finałów, to w mojej klasyfikacji ten z niedzieli zajmuje miejsce trzecie. Na najwyższym stopniu podium oczywiście stoi heroiczny remis z Anglią na Wembley z 1973 r., bo taki mecz po prostu zdarza się raz na wiek. Srebrny medal trzyma puknięcie 3:2 na ogromnym stadionie w Lipsku pewnej siebie Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Był 10 października 1981 r., w Polsce trwał wolnościowy tzw. karnawał Solidarności i awansowe wyjazdowe zwycięstwo właśnie nad zabetonowanym ideologicznie zachodnim sąsiadem miało nadzwyczajny wydźwięk społeczno-polityczny.

Podczas meczu z Czarnogórą wystąpiło zjawisko nieczęste, także mało znane wcześniej na PGE Narodowym. W telewizji nie było tego słychać i czuć tak dokładnie jak wewnątrz stadionu. Otóż po wyrównaniu przez gości na 2:2 — przyznajmy, że obie ich bramki były znakomite, a pierwsza w ogóle wysunęła się na czoło klasyfikacji goli „The best of PGE Narodowy” — zapanowała naturalna cisza, ale trwała tylko chwilę. Ze wszystkich stron zerwał się ze zdwojoną siłą doping, żeby armia Adama Nawałki uderzyła w ostatnich minutach i odzyskała zwycięstwo. Niepowodzenie na boisku czy parkiecie dość często podcina publiczności skrzydła, a tym razem reakcja była odwrotna. Co ważne, remisowy awans przecież nie był zagrożony, ale czuć było potężne pragnienie odwetu: „Że co, że nie wygramy?”. Dlatego gdy chwilę później Robert Lewandowski otrzymał od czarnogórskiego obrońcy prezent, ale do skorzystania z niego musiał popisać się sprintem — ponad 57-tysięczna widownia zjednoczyła się w jednym okrzyku „Dawaj!”. Identycznie brzmiało to zapewne przed telewizorami.

Kilka minut po meczu reprezentacja ujawniła hasło przewodnie na rosyjskie finały 2018: „Polska dawaj!”.

Zostało oczywiście przygotowane przez Polski Związek Piłki Nożnej wcześniej. Generalnie trzeba je ocenić samo w sobie bardzo wysoko, przede wszystkim jako wychodzące naprzeciwko językowi rosyjskiemu, bardzo łatwe do transkrypcji na grażdankę. Ale przecież pomysłodawcy nie mogli przewidzieć okoliczności trzeciej bramki z Czarnogórą oraz finału meczu. Nastąpiło dość zdumiewające stopienie kreatywności profesjonalnego marketingu sportowego z naturalnym pragnieniem wykrzyczanym przez naród. Dlatego okoliczności niedzielnego awansu, ósmego w historii polskiej piłki, w pełni zasługują na brązowy medal.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski