Między Brukselą a strachem

Tym, co nakręca nam gospodarkę dzisiaj i będzie nakręcało w najbliższych kwartałach, jest portfel Kowalskiego.

Konsumpcją nasz PKB dzisiaj stoi i potwierdzają to statystyki. Inwestycyjny motor zaciął się na początku roku i wciąż nie chce pracować. Sektor publiczny nad Wisłą jest tak silnie uzależniony od finansowej kroplówki z Unii Europejskiej, że woli patrzeć na spowalniające tempo wzrostu, które zatrzymało się w okolicy 3 proc., niż dołożyć coś z własnej kasy. Euro zaś płyną wyjątkowo wątłym strumieniem, co najlepiej widać w samorządach. Wydatki majątkowe władz lokalnych spadły w pierwszym półroczu o ponad połowę w porównaniu z ubiegłym rokiem. Sektor publiczny bez unijnego dopingu jest bezradny, a prywatny nie kwapi się, żeby dorzucić swoje trzy grosze.

Dlaczego? Bo też chciałby płynąć w strumieniu brukselskich miliardów. Swoje zaskórniaki wydaje zaś wyjątkowo oszczędnie i to jest niedobra zmiana. Firmom znacznie mocniej niż w poprzednich latach ciąży legislacyjna niepewność, biznesowa nieprzyjazność polityków i walka, jaką nowa ekipa toczy na unijnym froncie. Politycy partii rządzącej prześcigają się w wymyślaniu nowych kar dla nieuczciwych podatników, a nikt nie mówi, jak zabezpieczyć interesy uczciwego biznesu. Konfiskata majątku, zrównanie wyłudzeń VAT ze zbrodniami czy wzmożone kontrole fiskusa, zamiast spędzać sen z powiek zawodowym przestępcom, straszą tych, którzy uczciwie oddają cesarzowi co cesarskie. Nawet jeśli finansowy kurek z miliardami euro rozkręci się na dobre, to jeszcze nie musi zmotywować prywatnego biznesu do wielkiego wydawania. Gospodarka zaś bardziej niż konsumpcyjnego wzmożenia potrzebuje inwestycyjnego kopa, który procentuje przez lata.

 

Bartek Godusławski
Bartek Godusławski