Mrzonka skazana z góry na porażkę

W Konstytucji RP organ wybierający piętnastu sędziów do KRS nie został wskazany, ale na pewno nie może to być prezydent.

NIEWDZIĘCZNIK: Andrzej Duda podwójnym wetem wobec tak kluczowych ustaw straszliwie naraził się Jarosławowi Kaczyńskiemu, z którego namaszczenia został kandydatem PiS na prezydenta RP.Fot. Krzysztof Sitkowski

Po dwóch miesiącach od wciąż szokującego PiS zawetowania dwóch ustaw sądowych prezydent Andrzej Duda wykonuje zobowiązanie wniesienia ich nowych wersji. We wtorek kieruje do Sejmu projekty ustaw o Sądzie Najwyższym oraz o Krajowej Radzie Sądownictwa (KRS). Jednak na tym drugim legislacyjnie utknął, chociaż teoretycznie był on łatwiejszy. Opierał się przecież na zawetowanym gotowcu, z kilkoma korektami — m.in. niewygaszaniem z automatu kadencji całej obecnej KRS — i uzupełnieniem o kluczowy dla autora przepis: „Sejm wybiera członków Rady spośród sędziów większością 3/5 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów”. W pisemnym uzasadnieniu lipcowego weta właśnie ten brak stał się głównym powodem, przyczyną pomniejszą było niezagwarantowanie w KRS reprezentacji sądów rejonowych.

W lipcu Andrzej Duda dałby się za swój pomysł pokroić, ale później stopniowo wymiękał. Szczególnie pod wpływem dwóch dyscyplinujących go — jako wiarołomnego wychowanka partii — spotkań z Jarosławem Kaczyńskim. Wspólnie kombinowali, jak sprawić, by prezydent zachował twarz, ale zarazem by obóz tzw. dobrej zmiany nie wypuścił z ręki sędziowskiej piętnastki wybieranej do KRS. Wprowadzenie sztywnego progu 3/5 sejmowych głosów oznacza według PiS, że nowa KRS nie zostanie wybrana… nigdy, albowiem partii nie wystarczy wsparcie klubu Kukiz ’15 i posłów niezrzeszonych. Dlatego w ostatniej fazie prezydent wymiękł całkiem i wypaczył własną ideę. Czystą wersję z lipca uzupełnił pokrętnym warunkiem, co zrobić, gdy Sejm wśród 10 tys. sędziów nie znajdzie piętnastki akceptowalnej dla wszystkich partii. Na to szukanie dał zaledwie dwa miesiące, a w razie nieskuteczności wybór złożył we… własne ręce.

Zorientował się jednak, że wsadza się tym pomysłem na minę konstytucyjną. Art. 187 przyznaje głowie państwa prawo bezpośredniego powołania do KRS zaledwie jednej osoby, abstrahując od okoliczności, że wchodzący z automatu pierwszy prezes Sądu Najwyższego, prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego oraz minister sprawiedliwości są powoływani również przez prezydenta. W konstytucji organ wybierający piętnastu sędziów nie został wskazany, ale na pewno nie może to być prezydent, ponieważ jego kompetencje zostały dookreślone. Dlatego Andrzej Duda rzucił absurdalny pomysł, aby błyskawicznie przeprowadzić… nowelizację Konstytucji RP. Na szczęście ta mrzonka żyła w poniedziałek zaledwie cztery godziny. Wobec kontry ze strony PO, która w ogóle nie odpowiedziała, oraz Nowoczesnej, która zapowiedziała oczywisty sprzeciw — odeszła w niebyt, nim została upowszechniona.

Rozpaczliwym planem B jest pomysł, aby po ewentualnym niepowodzeniu idei 3/5 Sejm głosował w trybie nieznanym w jego dziejach. Każdy poseł mógłby poprzeć tylko jednego startującego do KRS sędziego, co dałoby efekt skopiowania w niej podziału mandatów z Sejmu. Efektem byłoby ustawowe upolitycznienie KRS, wypaczające ideę uzgodnionego wybrania całego składu większością 3/5. Gdyby ktokolwiek miał wątpliwości, czy Andrzej Duda lipcowymi wetami trwale wybija się na niezależność od matki partii — w projekcie ustawy o KRS znajduje odpowiedź.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski