O frankach i cnocie odpowiedzialności

Zarówno węgierskie, jak i chorwackie rozwiązanie problemu kredytów frankowych, o których pisałem parę dni temu (>>Franki: Polak, Węgier – dwa bratanki), nie jest pozbawione wad. To, co zrobiono w Chorwacji, przypomina trochę bajkę braci Grimm o trzech świnkach: ucieczkę przed wilkiem z domku ze słomy do domku z patyków i zyskanie wyłącznie na czasie.

FOT. Michele Limina/Bloomberg

Kredyt w euro jest wciąż kredytem walutowym o takich samych właściwościach, jak kredyt frankowy, z tym samym ryzykiem zmiany wartości pozostającego do spłaty kapitału w wyniku wahań kursowych. Dodatkowo kredytem droższym. W Chorwacji kosztami obciążono przede wszystkim banki. Rozwiązanie węgierskie jest lepsze w sensie rozłożenia ciężaru problemu między różne strony, których on dotyczy. Co nie znaczy, że konieczne trzeba je naśladować. Tak naprawdę chodzi o dwie powiązane ze sobą kwestie, o których krótko na początku. Choćbyśmy zaklinali rzeczywistość na milion sposobów, rachunek ekonomiczny jest nieubłagany: wbrew obiegowej opinii banki nie mają jakichś mitycznych zasobów pieniędzy. Wychodzenie z założenia, że to one powinny zapłacić, bo mają z czego, sprawi, że w długim okresie zapłacimy także my wszyscy – w formie większej niepewności wokół stabilności systemu bankowego, mniejszych inwestycji i zasilania kapitałowego dla gospodarki i koniec końców mniejszego wzrostu, czyli naszych dochodów. Przypadek Węgier wyraźnie to potwierdza. Druga sprawa dotyczy klimatu kreowanego wokół banków. Powinniśmy się spierać o kształt bankowości i eliminować patologie – co przecież branża robiła i robi, zresztą pod bacznym okiem nadzorcy, regulatora i w końcu wymiaru sprawiedliwości  – ale nie traktujmy banków jak szkodników. One są nam potrzebne. I znowu casus Węgier, które wykreowały taką atmosferę, dobrze ilustruje, na czym polega ryzyko.

Liczby to nie wszystko

Ponieważ przyjmuję za wiarygodne szacunki zarówno NBP, BIK, jak i KNF, tym razem wyjaśnię mój punkt widzenia nie odwołując się do liczb, ale bardziej filozoficznie – nawiązując do punktu wyjścia mojego wcześniejszego wpisu (Franki: Polak, Węgier – dwa bratanki): presji, pośpiesznych (i w rezultacie często pochopnych) decyzji i niezbędnej równowagi między krótkim i długim okresem. Przypomnę tylko, że z danych BIK i analiz NBP wynika, że realny problem ze spłatą kredytów walutowych, w tym frankowych, ma niewielki odsetek gospodarstw domowych (dla jasności: odwołując się do tych analiz nie bagatelizuję napięć finansowych i wynikających z nich trudów codziennego funkcjonowania w niejednym gospodarstwie domowym, ani też pojedynczych dramatów, które są rezultatem frankowych zawirowań). Z kolei z niedawnej ekspertyzy KNF, będącej odpowiedzią na pierwszą prezydencką propozycję rozwiązania problemu jasno wynika, że dla roztropnej decyzji w tej sprawie kluczowe jest wzięcie pod uwagę przeniesienia skutków tej decyzji na sektor bankowy i – ostatecznie – na budżety domowe wszystkich klientów banków.

Hazard moralny

A teraz do rzeczy. Pospekulujmy chwilę, co by było, gdyby państwo całkowicie zlikwidowało frankowy ból u Polaków zadłużonych w tej walucie. Krótkookresowo rozwiązałoby problem. Długofalowo rosła by jednak pokusa nadużycia – to, co nazywa się też hazardem moralnym: jeśli wiem, że za niepomyślny rozwój wypadków związanych z moimi decyzjami (tu: kredytowymi) zapłaci kto inny, będę podejmował decyzje bardziej ryzykowne. Długofalowo dewaluacji ulega indywidualna odpowiedzialność – odpowiedzialność za nas bierze na siebie państwo. Mówiąc krótko, rozwiązanie problemu jest tylko złudzeniem – długofalowo on powróci w takiej, czy innej postaci. Musi powrócić, jeśli u ludzi wzmacnia się przekonanie, że państwo i tak wyciągnie z tarapatów. I znowu: nie chodzi o to, żeby państwo w ogóle nie wyciągało z tarapatów. Ważne, żeby robiło to rozważnie.

Jak rodzice i dzieci

Warto w takich sytuacjach pomyśleć o państwie i obywatelu jak o rodzicu i dziecku – na co chyba pierwszy uwagę zwrócił niedawny noblista Robert E. Schiller. Dziecko we wszystkim wyręczane źle kończy – poczucie odpowiedzialności za własne czyny jest mu obce. Państwo właśnie teraz ma wielką szansę mądrego, dalekowzrocznego budowania swojej siły. Teraz, kiedy już właściwie mamy pewność a nie tylko podejrzenie, że kapitalizm ma pewien defekt i mądre państwo jest potrzebne do podjęcia „subtelnej gry z rynkiem”, jak to świetnie ujął w niedawnym wywiadzie harvardzki ekonomista Dani Rodrick. Zaciekła krucjata przeciwko bankom – mimo wszystkich ich grzechów, które także u mnie budzą sprzeciw – na pewno nią nie jest. Czego nam zatem potrzeba? Myślę, że zapatrzenia w inne wzorce i to nie tylko w sprawie kredytów walutowych. Zamiast Węgier – Skandynawii. Państwa pomagającego, ale jednocześnie wymagającego. Może to – paradoksalnie – dobrze, że ustawy frankowej wciąż nie ma? Może, kiedy już doczekamy się decyzji w tej sprawie, powiemy, że warto było trochę poczekać?

Andrzej Cwynar
Andrzej Cwynar