Oskładkowanie umów o dzieło to droga w gospodarczą przepaść

Jeżeli rząd nałoży składki na umowy o dzieło, podobnie jak uczynił to w przypadku umów zlecenie, to przedsiębiorcy zaczną ratować się ucieczką w szarą strefę, a pracownikom zagrozi utrata pracy lub zmniejszenie zarobków. Polsce potrzebna jest reforma, polegająca m.in. na likwidacji przywilejów szeregu grup zawodowych.

FOT. AD

FOT. AD

Poprzedni rząd oskładkował zlecenia do wysokości płacy minimalnej, licząc, że wpływy wyniosą ok. 340 mln zł. Według różnych szacunków, ten poziom mógł być przekroczony o ponad 50 mln zł już w trzecim kwartale ubiegłego roku. Oblicza się również, że na koniec 2016 roku kwota ta miała szansę osiągnąć nawet 450 mln zł. To realny powód, by umowy o dzieło stały się dodatkowym ratunkiem dla ZUS-u. Chociaż od dawna jest on bankrutem, a obowiązkowe składki na ubezpieczenia społeczne nie wystarczają na wypłatę bieżących rent i emerytur, kolejny rząd utrzymuje Zakład Ubezpieczeń Społecznych w dotychczasowej formie.

Odprowadzanie składek nie opłaca się przeciętnemu Kowalskiemu. Dlatego, niezbędne jest przeprowadzenie reform w zakresie przyznawania i wypłacania emerytur poszczególnym grupom społecznym. Oskładkowanie kolejnych umów nie może być jednak całkowitym remedium na niewydolność tej instytucji.

Wykluczone grupy

Jedną z pierwszych grup zawodowych, która negatywnie odczuje ewentualne oskładkowanie umów o dzieło, będą specjaliści, wykonujący wolne zawody, dotychczas pracujący dla kilku podmiotów jednocześnie. Pracodawcy przestaną korzystać z ich usług. W następnej kolejności stracą studenci i inni młodzi ludzie, startujący dopiero na rynku pracy. Trudniej będzie im podejmować staże, ponieważ przestaną być konkurencyjni.

Podobna przyszłość może czekać emerytów i rencistów, którzy dotąd podejmowali się dodatkowych prac i osiągali mniejsze wynagrodzenie, niż najniższa miesięczna pensja krajowa. Oni również, podobnie jak studenci, przestaną być brani pod uwagę przez pracodawców. Jeśli od każdej podpisanej z nimi umowy o dzieło będą ściągane należności, koszt ich pracy okaże się znacznie wyższy i zupełnie nieopłacalny dla firm.

W niekorzystnej sytuacji znajdą się też pracownicy, którzy obecnie posiadają stałe zatrudnienie i podejmują dodatkowe prace. Jeżeli zostaną wprowadzone zmiany, będą oni musieli odprowadzać składki od każdego zrealizowanego dzieła. Na koniec stracą osoby prowadzące własną działalność gospodarczą, płacące tzw. preferencyjny ZUS. Przestaną im bowiem przysługiwać ulgi.

Nadmierne obciążenie firm

Ozusowanie umów o dzieło to działanie krótkowzroczne, które polegałoby jedynie na łataniu dziur w niesprawnym systemie emerytalnym. W efekcie przedsiębiorcy, którzy już są w dużym stopniu zmuszeni ponosić różnego rodzaju obciążenia fiskalne, z pewnością zaczną omijać nowe przepisy. Jeszcze więcej firm, niż teraz, będzie rejestrować swoje siedziby poza granicami kraju. Od ok. 5-6 lat obserwuję, że biznesmeni zakładają spółki np. w Czechach, gdzie państwo nie nakłada na nich tak dużych obciążeń fiskalnych, jak w Polsce. Ponadto tamtejszy rząd rozumie, że bogatszy podatnik to czysty zysk dla całej gospodarki. Jeżeli zostanie mu więcej pieniędzy, to będzie wydawał wyższe kwoty. Jeśli natomiast zgromadzi oszczędności, wówczas zbuduje kapitał do inwestowania w przyszłości. Podobne myślenie wykazują rządzący także w innych krajach, do których Polacy przenoszą swoje działalności.

U nas wciąż brakuje pomysłu na realne ułatwienia dla firm, a jeżeli już pojawiają się jakieś propozycje, to zazwyczaj na dwa miesiące przed ich wprowadzeniem w życie i z reguły bez większych konsultacji ze społeczeństwem. Dla przykładu, w Irlandii, która ma znacznie większy poziom bezpośrednich inwestycji zagranicznych, informacje o planowanych zmianach w prawie podatkowym ustalano i podawano do publicznej wiadomości na trzy lata przed wdrożeniem.

Polski ustawodawca w obszarze finansów publicznych i systemu ubezpieczeń społecznych powinien prowadzić swoje reformy w kierunku ograniczenia, a nawet częściowego zniesienia przerośniętej, kompletnie nieefektywnej administracji publicznej. W pierwszej kolejności należałby zlikwidować, funkcjonujący w obecnym kształcie, ZUS. Następnie trzeba gruntownie zreformować finanse publiczne i na nowo zaprojektować system emerytalny.

Zamiast izb skarbowych i celnych, urzędów celnych oraz skarbowych można powołać jedną agencję dochodów państwa. Oczywiście nie ulega wątpliwości, że nikt z polityków nie zdecyduje się na taki krok. W końcu instytucje państwowe są doskonałym miejscem pracy dla osób mniej lub bardziej związanych z partią rządzącą. W związku z powyższym, uważam, że należy na nowo ustalić umowę społeczną w zakresie systemu emerytalnego. Młodzi ludzie jej nie zawierali, a to oni będą ponosili wszelkie konsekwencje obowiązującego obecnie porządku.

Niewydolność systemu

Powszechnie wiadomo, że ZUS nie jest w stanie zapewnić Polakom godnych emerytur, stosownych do przepracowanych lat. Starzenie się polskiego społeczeństwa, nieustanna emigracja młodych osób za granicę, sprawi, że problem z systemem emerytalnym z roku na rok tylko będzie się pogłębiał. Według dość ostrożnych i niezależnych od siebie kalkulacji, za 25 lat w Polsce zabraknie aż 6,5 mln osób na rynku pracy, zatem nie będzie miał kto zarabiać nasze emerytury. Rezygnacja z reformy emerytalnej tylko utrudniła całą sytuację.

Od 1 października 2017 roku wymagany wiek do uzyskania świadczenia będzie wynosił 60 lat w przypadku kobiet i 65 lat dla mężczyzn. W ubiegłym roku deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (czyli brakująca kwota na wypłatę rent i emerytur, którą nie były w stanie pokryć składki na ZUS) wyniósł 52,4 mld zł. Przyszłość wygląda wręcz dramatycznie. Zakład Ubezpieczeń Społecznych, publikując kilkuletnie prognozy, za każdym razem wskazuje na deficyt FUS na poziomie 50 mld zł.

Według tej instytucji, w ubiegłym roku składki na ubezpieczenia społeczne pokryły jedynie 74 proc. wydatków związanych z wypłatą rent i emerytur. Na ten cel zabrakło ok. 52 mld zł. To oznacza, że zarówno system emerytalny, jak i działalność ZUS-u jest na tyle nieefektywna, że budżet państwa będzie musiał załatać tę dziurę z podatków zebranych od 16 mln pracujących Polaków.

Potrzebne odważne decyzje

Zamiast oskładkowania umów o dzieło, należy zlikwidować przywileje dla wybranych grup zawodowych. Gdyby budżet państwa, który finansują wszyscy podatnicy, nie wydawałby miliardów złotych na składki np. dla górników, wtedy zgromadzone środki można by było przeznaczyć na wsparcie dla osób przedsiębiorczych, m.in. specjalistów działających w wolnych zawodach, bez nakładania na nich dodatkowych danin. Obciążanie osób pracujących na umowy o dzieło na pewno nie powinno być sposobem na łatanie dziur w budżecie. Jedynie całościowe, globalne spojrzenie na system emerytalny może dać długoterminowe korzyści.

Rocznie na emerytury, renty i zasiłki funkcjonariuszy podległych MSWiA wydajemy ponad 8 mld zł. Natomiast na analogiczne świadczenia dla żołnierzy ponad 8,5 mld zł. Zważywszy, że wysokość budżetu MON wyniosła w 2016 roku nieco ponad 35 mld zł, to osiągamy poziom dopłat do uprzywilejowanych emerytur mundurowych w wielkości prawie połowy obecnego funduszu obronnego kraju.

Kolejną uprzywilejowaną grupą są pracownicy sektora górniczego. W 2005 roku przyjęto ustawę, dzięki której mogą oni przechodzić na emeryturę po 25 latach pracy. Rok działalności pod ziemią liczony jest jak 1,5 roku pracy zawodowej, rok pracy na przodku – jak 1,8 roku itd. Składki płacone przez górników pokrywają zaledwie jedną czwartą ich rent i emerytur. Trzy czwarte finansuje państwo, czyli wszyscy obywatele. Nierentowne kopalnie nagminnie nie płacą składek na ZUS, dopłaty do górniczych emerytur wciąż rosną. Obecnie sięgają one poziomu 5-6 mld zł rocznie.

Należy też wziąć pod uwagę rolników. Są oni ubezpieczeni w Kasie Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego i płacą składki kilkukrotnie niższe, niż ubezpieczeni w ZUS. W 2016 roku wynosi ona 88 zł miesięcznie, jedynie dla właścicieli gospodarstw powyżej 50 ha od 106 do 423 zł. Skutkiem szeregu obowiązujących zasad i nielogicznych rozwiązań, dopłata do instytucji państwowej, jaką jest KRUS, sięgnęła w ubiegłym roku poziomu 17 mld zł.

Absurdalność systemu

Polski system emerytalny można porównać do choroby nowotworowej. Leczenie jej aspiryną lub czekanie, że sama zniknie, na pewno nic nie da. Jeśli nie pomoże farmakoterapia, pozostaje nadzieja w zabiegu operacyjnym. Nikt nie mówi, że radykalne cięcie i poważne systemowe zmiany są proste i nikogo nie dotkną. Wręcz odwrotnie. Ale na szali musimy postawić przyszłość polskiego społeczeństwa.

Dlatego, albo politycy zdecydują się na naprawę sytuacji, albo kolejne pokolenia staną przed ogromnym problemem. Stabilność i przewidywalność w zakresie regulacji prawnych, które przekładają się na nasze życie, w tym na biznes, jest bardzo ważne. Nikt poważny nie będzie chciał rozwijać firmy w kraju, w którym co roku może dochodzić do drastycznych zmian, np. w sferze opodatkowania. Oczywiście straci na tym również rynek pracy.

Tymczasem, zniesienie bądź częściowe zniwelowanie opodatkowania pracy z pewnością zachęciłoby więcej osób do prowadzenia działalności gospodarczej w naszym kraju. Zwiększyłoby również konkurencyjność polskiej gospodarki. I z pewnością doprowadziłoby do powstania nowych miejsc pracy. To absolutnie niezbędny czynnik, stymulujący rozwój gospodarczy, a zwłaszcza sektora MSP, który głównie pracuje na PKB.

Łukasz Białek