Poradnik ulubieńca drobnych

Marcel Zatoński, dziennikarz śledzący giełdowe wydarzenia, oburzył się na grę, jaką wzywający prowadzi podczas wezwania. Pełno w tym taniej demagogii w obronie „biednych drobnych inwestorów”, więc nie może pozostać bez riposty.

Marcel Zatoński to uważny obserwator życia na warszawskiej giełdzie. Na łamach „Pulsu Biznesu” opisywał m.in. wiele transakcji zdejmowania spółek z giełdy przez wezwania. I oburzył go teatr, który towarzyszy takim transakcjom, tak bardzo że postanowił go wykpić i wykazać, jak bardzo majętni wzywający próbują zmanipulować drobnych akcjonariuszy. Wielu drobnych inwestorów, którzy przygodę z giełdą kojarzą ze stratą, z pewnością przyklaśnie – nie zainwestowałem źle, tylko zostałem wykiwany  przez rekina. Dysonans zamknięty, od razu lepiej. No to rozprawmy się z demagogią autora „Poradnika polskiego wzywającego”.

Zarzut 1. Daj niską cenę

„To jest elementarz wzywającego. Jeśli dałeś taką cenę, że wszyscy chętnie oddają ci akcje, to znaczy, że jesteś głupi i przepłacasz za własną spółkę, powinieneś więc w infamii wycofać się na zawsze z biznesu. Cena ma być tak niska, jak to możliwe. Niestety, przez głupie przepisy musisz dawać premię do średniej sześcio- i trzymiesięcznej na rynku, ale można to jakoś przeżyć – po prostu przez dłuższy czas nic nie rób, nie ogłaszaj żadnych planów, nie przeprowadzaj transakcji, co najwyżej wyolbrzymiaj ryzyko i czekaj, aż samo spadnie, a potem daj premię w wysokości na przykład jednego grosza. Tak robią najlepsi w biznesie, tak możesz zrobić i ty.

Wzywający chce za przejęcie zapłacić jak najmniej – ależ oburzające i niedorzeczne. Przecież powinien chcieć jak najwięcej! Każdy z nas tak robi – na internetowych aukcjach szukamy ofert najdroższych, podobnie na targu, prawda? Na marginesie – teza o tym, że kupiec chce kupić jak najtaniej, jest bardzo odkrywcza – odkrył ją już m.in. redaktor Cezary Gmyz w czasach, gdy zainteresował się prywatyzacjami. Zatem inwestorze, jeśli chcesz zyskać sympatię drobnych i zostać przed redaktora Zatońskiego uznanym świetnym inwestorem, wyśrubuj cenę, najlepiej tak, byś nigdy na inwestycji nie zarobił.

Zarzut 2. Ponarzekaj na własną spółkę

To krok, o którym nie możesz zapomnieć. Jest źle! Będzie jeszcze gorzej! Marże niedługo spadną do zera! Szykują się horrendalne odpisy! Dywidendy nie należy spodziewać się przed 2150 rokiem! Taki właśnie przekaz powinien wędrować od ciebie na rynek. Pamiętaj, kupujesz spółkę na krawędzi, jesteś bohaterem, odbierającym od drobnych akcje prawie trupa. Powinni być ci wdzięczni.

Inwestowanie na giełdzie to m.in. umiejętność przewidywania wydarzeń i kojarzenie faktów. Rozbieżne oceny perspektyw spółki to esencja inwestowania: kto obstawi trafnie — zarobi, kto błędnie — straci. Oceniając spółkę inwestorzy patrzą na dane finansowe, wykresy, ale czytają też wypowiedzi innych – analityków, zarządzających, przedstawicieli spółki, innych akcjonariuszy. Gdy wzywający mówi o negatywach, to w ciemno możesz założyć, że przemilczy pozytywy. Tak samo, gdy prezes w IPO mówi o świetlanej przyszłości, możesz śmiało założyć, że będzie się starał pominąć ryzyko. Taki mają interes. Jeśli nie potrafisz nałożyć takiego filtra na te wypowiedzi, poszukać innych opinii i zważyć rację, to lepiej akcji nigdy nie kupuj. A najlepiej nic nie kupuj, bo na pewno jesteśmy tym, który uwierzy także w ogłoszenie: „Sprzedam 10-letnie auto, przebieg 50 tys., garażowany, pierwszy właściciel, niebity, stan idealny, żyleta!” z ceną 50 proc. poniżej rynkowej.

I na koniec: drobny inwestorze, jeśli duży inwestor kupił od ciebie akcje i stracił, to wszystko jest ok. Ale jeśli zarobił, to… nie dlatego, że źle wyczułeś moment i nie potrafiłeś przewidzieć perspektyw spółki/rynku, ale dlatego, że cię wykiwał, zmanipulował. Na szczęście redaktor Zatoński czuwa 🙂

Grzegorz Nawacki
Grzegorz Nawacki