Poślizg ustawy nie jest paraliżem

Na ścieżce legislacyjnej ustawy budżetowej na 2017 r. sytuacja się ugruntowała. W sali plenarnej Sejmu niezmiennie rezydują, ale rotacyjnie, posłowie Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej, czekający na posiedzenie Sejmu, wyznaczone dopiero na środę 11 stycznia 2017 r. Ale będzie to kolejne posiedzenie nr 34, z nowymi punktami porządku obrad, podczas gdy opozycji chodzi o wznowienie posiedzenia nr 33 z piątku 16 grudnia i ponowne przeprowadzenie głosowania ustaw, w tym budżetu.

Papiery z kadłubowych obrad w Sali Kolumnowej formalnie posuwają się jednak do przodu. Na przykład ustawa o przycięciu przywilejów emerytalnych służb mundurowych już dawno trafiła bez poprawek Senatu do prezydenta i lada chwila zostanie opublikowana, jako że wiele jej przepisów ma termin wejścia w życie 1 stycznia 2017 r. Ustawa budżetowa z 16 grudnia również została skierowana do drugiej izby i objęta porządkiem jej posiedzenia, rozpoczynającego się także 11 stycznia. Nikt nie powinien czuć się zaskoczony, gdyby budżet również został przyjęty przez Senat bez poprawek. Coś takiego w dziejach III Rzeczypospolitej nie zdarzyło się jeszcze nigdy, ale przecież żadnej ekipie rządzącej także nigdy nie przyszło do głowy nieregulaminowe zblokowanie w Sejmie kilkuset najróżniejszych poprawek w… dwa głosowania, podzielonych według kryterium pozamerytorycznego — na słuszne wniesione przez PiS oraz niesłuszne klubów opozycyjnych.

Od świąt zaczęła krążyć całkowicie absurdalna teza, że starcie 16 grudnia wokół procedury budżetu miało na celu… jego nieuchwalenie. Co miałoby być początkiem destabilizacji państwa, przedterminowych wyborów etc. Przypomnę, że skoro projekt budżetu wpłynął z Rady Ministrów do Sejmu prawidłowo 30 września 2016 r., to ukończona ustawa (po Sejmie, Senacie i znowu Sejmie) musi trafić do podpisu prezydenta w ciągu czterech miesięcy, czyli ma czas aż do końca stycznia 2017 r. Jeśli tak by się nie stało, to zgodnie z Konstytucją RP głowa państwa „może” zarządzić skrócenie kadencji parlamentu, a na zastanowienie się ma 14 dni. W relacjach Andrzeja Dudy z jego macierzystą partią nawet pomyślenie o skorzystaniu z takiego przepisu to oczywiście najczystsza abstrakcja.

Nie ma podstaw także propagandowe załamywanie rąk, że przecież ustawa budżetowa jest natychmiast konieczna dla wypłaty 500+ etc. Jeśli nie wchodzi w życie 1 stycznia — a tak się dzieje w III RP najczęściej — rząd prowadzi gospodarkę finansową państwa na podstawie przedłożonego prawidłowo projektu ustawy. W pewnym sensie to dla niego sytuacja nawet… wygodniejsza, bo 2 stycznia od rana może realizować wszelkie wydatki, np. zakupowe, które w obróbce parlamentarnej mogłyby zostać skreślone. Notabene na początku kończącego się roku — który był rzecz jasna nietypowy ze względu na powyborczą zmianę władzy — PiS z uchwaleniem budżetu absolutnie się nie spieszyło. Ustawa na 2016 r. została ukończona dopiero 25 lutego, a ogłoszona i weszła w życie 4 marca, rzecz jasna z mocą od 1 stycznia 2016 r. Przez ponad dwa miesiące podstawą finansów Rzeczypospolitej był rządowy projekt. I teraz od noworocznej niedzieli będzie tak samo. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski