Praca? Tak poproszę, ale na godnych warunkach

Młodym ludziom nie chce się pracować – nie dziwię się. Podobnie jak temu, że wielu specjalistów wiąż wyjeżdża za granicę.

praca, it, emigracja

Jakiś czas temu widziałem na łamach magazynu „Forbes” wywiad z p. Krzysztofem Tarką. Opowiada o tym, jaki ma problem z młodymi ludźmi. „Nic ich nie obchodzi”, „nie chce im się pracować”, „praca jest dla nich nieinteresująca”, „są niezmotywowani” – mówi. Może coś w tym jest? Ale może po prostu p. Tarka nie rozumie nowego pokolenia, bo wychodzi z założenia, jak za komuny, że praca to dla każdego człowieka „sens życia”?

Owszem, dawniej tak było. Królowie, władcy, cesarzowie mieli poddanych, a ci poddani nie mieli życia poza pracą, ale czasy się zmieniły. Dziś pokolenia dorastają w dostatku i spokoju, w Europie nie ma wojen. Ktoś mi powiedział, że takie dobre czasy tworzą ludzi słabych. Patrząc na współczesnych hipsterów i „weganów z przekonania”, mógłbym przyznać mu rację 😉 Ale chyba nie o to chodzi.

Na marginesie, ostatnio byłem na treningu z savoir vivre, na którym był poruszony temat oficjalnych bankietów. Jedna z uczestniczek spytała, co ma zrobić, gdy jako weganka, na bankiecie z władzami firmy są tylko dania mięsne. Prowadzący zapytał, czy jest weganką z przekonania czy ma jakieś medyczne wskazania. Jest nią z przekonania. Masz 3 opcje – stwierdził prowadzący – albo to zjesz i nie będziesz głodna, albo nie zjesz i będziesz głodna, albo zapytasz się kelnerów, czy mogą podać coś innego.

Czemu o tym wspominam? Chcę zauważyć, że obecne czasy, to czasy luksusu. Ludzie mogą sobie pozwolić na wybór, dlaczego nie? Jeśli mają na to ochotę i środki. Pod ręką mamy niemal wszystko. W zglobalizowanym świecie w kilka sekund możemy sprawdzić co się dzieje na drugim końcu świata, jaka będzie pogoda w Rzymie, czy zarezerwować tani  bilet lotniczy i spędzić w Wiecznym Mieście weekend. Czasy granic się skończyły (tak mi się przynajmniej wydaje). Jeśli komuś się tu nie podoba, może wyjechać gdzie indziej, pracować i żyć tam gdzie chce, i jak chce.

A jeśli w kraju źle się dzieje, biurokracja jest przerośnięta, dobre stanowiska okupowane przez starsze pokolenie, pensje nadal niższe niż na zachodzie (choć, trzeba przyznać, jest coraz lepiej, w niektórych zawodach zarabia się porównywalnie co tam), mieszkanie trzeba spłacać przez pół życia, a aborcja niedługo będzie karana śmiercią, to młodzi się zniechęcają, i wyjeżdżają.

Młodzi ludzie nie rozumieją, jak to możliwe, że niektórzy, bogatsi, żyją tylko z wynajmu drogich nieruchomości, albo, nic nie robiąc, jeżdżą drogimi autami. Większość z nich musi przez 30 lat spłacać kredyt za 2-pokojowe mieszkanie, tyrając za parę złotych dziennie. I jeździć 15-letnim zardzewiałym Oplem, czy zdezelowanym, starym BMW, do którego nie stać ich na części zamienne (szczególnie kierunkowskazy często się psują;)).

Ja, przyznam, też tego nie rozumiem, choć już młody nie jestem. Może powinny być jakieś limity w kupnie nieruchomości?

Na szczęście, częściowo ten problem likwiduje niewidzialna ręka rynku. Jeśli jesteś młodym ambitnym człowiekiem i znasz języki, to porównywalny czynsz, co np. w Warszawie, możesz płacić we Frankfurcie, a przy tym zarabiać więcej. Więc ci najlepsi wyjeżdżają, bo czują się niedocenieni i wykorzystywani przez system…

Innym problemem są sami właściciele firm. Narzekają na przerośniętą biurokrację i nadmierny aparat skarobowo/policyjno/śledzący, ale sami nie są lepsi.

Przykład? Proszę bardzo:

Wysokiej klasy specjaliści IT uczą się latami, poświęcają czas, aby zdobyć skomplikowaną wiedzę. Potem idą do firmy i widzą lukę w zabezpieczeniach, którą mogą naprawić w 10 minut. A ile faktycznie trwa w firmie naprawa tej luki? 2 miesiące… jak dobrze pójdzie. Tyle trwa zebranie pozwoleń od starszej „klasy” niezliczonych menedżerów na zrobienie czegoś, czego i tak często nie rozumieją. Na dodatek trzeba im tłumaczyć, dlaczego to jest ważne, a słyszy się tylko: „jakoś do tej pory działało”…

Pracownik wykazał się inicjatywą, sam znalazł problem i rozwiązanie, którego nie mógł potem wdrożyć. A jeszcze narażał się licznym osobom, że w ogóle coś od nich chce. Drugi raz takiego błędu ten pracownik już nie popełni, będzie siedział cicho. Nie będzie chciał się użerać przez 2 miesiące, żeby wprowadzić małą poprawkę. A winni temu są właściciele firm, bo na to pozwalają i sami tworzą ogromny aparat kontrolny w firmie, którego w państwie tak nienawidzą.

Sam w zeszłym roku po kilku latach wróciłem z zagranicy. Zagraniczny koncern IT, mający filie we Wrocławiu, zaproponował mi pracę.

Jako że Polska to taki tani support innych krajów, praca przenoszona jest tu z takich krajów jak Niemcy. Problem jest taki, że ludzi od IT, z jęz. niemieckim, jest mało. Żeby mnie zachęcić, zaproponowali mi tyle co miałem w Niemczech. Niestety, po kilku miesiącach ktoś się zorientował, że taki transfer to lipa, bo za drogo to wychodzi i zaproponowano mi ofertę nie-do-odrzucenia. Albo godzę się na obniżkę pensji o połowę albo stanowisko wraca do Niemiec, a ja tracę pracę. I tak też się stało. Ponieważ innego specjalisty z tej dziedziny, z jęz. niemieckim, za te stawki, w Polsce nie znaleziono.

Ja się nie dziwię, że pracownikowi się czasem nie chce. Niestety, często to wina pracodawców, którzy zamiast człowieka widzą tylko słupki w excelu.  Pan Tarka natomiast najwyraźniej widzi w nich tylko „poddanych”, którzy powinni pracować bez najmniejszego szemrania.

Młodzi to nie słupki i nie poddani, to ludzie, którzy chcą godnie żyć. I nie dziwię się, że wciąż wyjeżdżają. Dobra zmiana ich nie dotyczy.

Ja też wyjeżdżam. Do kraju, gdzie pracowników się po prostu bardziej szanuje. A Polska, niestety, to dalej tylko „tani support zachodnich krajów”. Bardzo powoli się to zmienia…

Obrazek z weblog.infopraca.pl

Tomas Roros