Recentralizacja kontra samorząd

Od rozpoczęcia się tzw. dobrej zmiany systematycznie postępuje ustawowa recentralizacja Polski.

Premier Beata Szydło takie relacje utrzymuje tylko z jednym samorządowym marszałkiem – Władysławem Ortylem z Podkarpacia.

Komisja Wspólna Rządu i Samorządu Terytorialnego jest typowym bytem, którego realia pozostają daleko w tyle za idealistycznymi założeniami. Pod tym względem przodowała pamiętna Trójstronna Komisja ds. Społeczno- -Gospodarczych, która w końcu się rozleciała i została zastąpiona przez Radę Dialogu Społecznego. Notabene dorobek praktyczny nowego tworu, który można konkretnie wskazać w Dzienniku Ustaw — również okazuje się niemal zerowy. Samorząd terytorialny teoretycznie ma wobec rządu pozycję mocniejszą od np. organizacji biznesowych, bo konstytucyjną — ale o równości także nie ma mowy. Od utworzenia wspomnianej komisji (od 1993 r. działa na podstawie rozporządzeń, a dopiero w 2005 r. zyskała umocowanie ustawowe) strona samorządowa zarzuca rządowej łamanie Konstytucji RP, która w art. 167 ustala, że „Jednostkom samorządu terytorialnego zapewnia się udział w dochodach publicznych odpowiednio do przypadających im zadań”, a „Zmiany w zakresie zadań i kompetencji jednostek samorządu terytorialnego następują wraz z odpowiednimi zmianami w podziale dochodów publicznych”. Niestety, gminy z trwogą czytają kolejne pozycje Dziennika Ustaw, w których chowane są wyłącznie nowe ich obciążenia.

Taka była/jest wieloletnia rzeczywistość komisji wspólnej. Od półtora roku zaś, czyli od rozpoczęcia forsowania przez obecnych władców państwa tzw. dobrej zmiany, doszło zjawisko wcześniej nieznane. Systematycznie topnieją kompetencje samorządu, razem z pieniędzmi — ciekawe, że przy zmianach w tę stronę decydenci centralni przestrzegają norm konstytucyjnych… Przy czym topnienie dotyczy nie gmin, lecz samorządu wojewódzkiego i częściowo powiatowego. Władzę w piętnastu województwach wciąż mocno trzyma koalicja PO-PSL, czasem z aliantami lokalnymi, a z punktu widzenia PiS wzorcowe politycznie jest tylko Podkarpacie. Podobnie, z nielicznymi wyjątkami, wygląda sytuacja w wielkich miastach. Dlatego systematycznie postępuje ustawowa recentralizacja Polski. Co wyjątkowo naganne — przyjmowane w bardzo szybkim tempie inicjatywy poselskie klubu PiS (a w rzeczywistości resortowe) nie podlegają żadnym konsultacjom społecznym.

Trudno się zatem dziwić, że na środowym posiedzeniu komisji wspólnej doszło do niewidzianego wcześniej starcia. Minister Mariusz Błaszczak zarzucił organizacjom samorządowym angażowanie się wprost po stronie opozycji, organizującej 6 maja w Warszawie wielką manifestacją wolnościową. Samorządowcy odbili, że w proteście nie wezmą przecież udziału ich korporacje, lecz poszczególni samorządowcy ze wszystkich szczebli — ci, którzy chcą zaprotestować przeciwko szkodliwemu i cofającemu Polskę kursowi na centralizację państwa w rękach jednej partii.

Przy okazji rząd sformułował zarzut złamania zasady apolityczności samorządów. Tymczasem taka kategoria… nie istnieje. Zgodnie z greckim praźródłem nazewniczym polityka to przecież sztuka rządzenia, której celem jest dobro wspólne. Problem raczej w pomijaniu przez polityków drugiego członu klasycznej definicji. W Polsce zaś przepisy wyborcze wręcz nakazują upartyjnianie samorządu terytorialnego, np. przez taki drobiazg — wielkie partie preferowane są przyznawaniem jednolitego w całym kraju numeru ich listom kandydatów do wszystkich sejmików, rad powiatów i rad gmin/miast.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski