Równe wrogiem dobrego

– Wzrost nierówności sprzyja populistycznym politykom – oświadczyła w Davos szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego Christine Lagarde. Nie sposób się z nią nie zgodzić. Szkoda tylko, że wnioski z tego stwierdzenia dla każdego płyną inne.

Lagarde

– Szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego Christine Lagarde powiedziała, że nierówności szkodzą wzrostowi gospodarczemu. Jej zdaniem, potrzebna jest większa redystrybucja dóbr. Według Christine Lagarde, kryzys lub sygnały od ludzi, którzy nie zgadzają się na panujący porządek, to czas, aby powiedzieć, co więcej można zrobić dla redukcji nierówności i jak zapewnić bezpieczeństwo obywatelom – czytamy w depeszy.

Powyższe zdania świetnie obrazują sposób myślenia, który często pojawia się w mainstreamie. Szefowa MFW jest tu jedynie przykładem, choć z racji pełnionej funkcji bardzo ważnym. Osoby myślące w ten sposób jako jeden z podstawowych celów stawiają sobie walkę z nierównością. To właśnie nierówności są solą w ich oku i odpowiadają za szereg negatywnych zjawisk w światowej ekonomii. Nierówności trzeba zwalczać, najlepiej zabierając bogatym i dając biednym.

Czy jednak nierówność jest zła? Czy złe jest to, że ktoś za pracę przynoszącą więcej korzyści dostaje więcej, niż ktoś kto wykonuje pracę dającą korzyści mniejsze? Czy złe jest to, że ktoś kto lepiej dysponuje majątkiem, ma więcej niż ten, który prowadzi „hulaszczy” tryb życia? Taka nierówność motywuje do nauki, do działania, do rozwoju i do pracy. Jest motorem wzrostu, a nie hamulcem.

Lagarde mówi jednak nie tyle o całkowitym zniesieniu nierówności (czyli de facto utopii), co o redukcji skali tego zjawiska. Czy jednak redukcja nierówności sprawi, że biedniejsza część ludzkości będzie szczęśliwsza? Z jednostkowego punktu widzenia nie jest ważny majątek Billa Gatesa, czy rodziny Kulczyków. Dla jednostki ważne jest to ile ona sama zarabia i na co ją stać. Ważne jest też to, aby widziała szansę na rozwój i ewentualną poprawę. Wówczas kwestia „ile zarabia ktoś inny” traci na znaczeniu.

Celem więc dla takich osób jak Pani Lagarde nie powinna być walka z nierównością, a wspieranie rozwoju. Nie powinny się one skupiać na transferze pieniędzy od bogatych do biednych, ale na tworzeniu warunków, które pozwoliłyby się bogacić wszystkim tym, którzy chcą się bogacić (czynem, nie chciejstwem). Takie cele rzadko się jednak osiąga śrubując stawki podatkowe – a tego przecież wymaga redystrybucja.

W skrajnym wypadku walkę z nierównościami można by bowiem sprowadzić do zabrania majątku bogatym. Albo nawet pozbawienia ludzi własności prywatnej. Wówczas, przynajmniej w teorii, byłoby po równo. Ale czy ludzie byliby szczęśliwi? Śmiem wątpić. Stąd też alergia niektórych osób na nierówności jest dla mnie po prostu zaskakująca.

Wracając jednak do związków nierówności z populizmem. Na początku artykułu przyznałem Pani Lagarde rację i nawet w świetle powyższych rozważań się z tego nie wycofuję. Uważam bowiem, że nierówności rzeczywiście sprzyjają populistycznym politykom. Przede wszystkim tym, którzy na sztandarach niosą hasła o zwiększeniu redystrybucji. To przede wszystkim oni używają nierówności do uzasadniania swoich racji. Do wspomnianego grona siłą rzeczy należy więc zaliczyć i Panią Lagarde. To z kolei może prowadzić do niebezpiecznych wniosków, bowiem czy warto walczyć z czymś co nam sprzyja?

Adam Torchała
Adam Torchała