S&P500 – brave new world

Korporacyjne zyski świadczą o zdrowiu, bądź niedomaganiu na nim, całej gospodarki. Jeśli rosną jest powód do optymizmu, jeśli spadają spodziewać się można cięższych czasów. Zyski można wprawdzie masować w szerokich granicach, o czym wie każdy księgowy, ale niekoniecznie wszędzie i niekoniecznie dowolnie. Specjalne pole do popisu istnieje w tym względzie na przykład w kompaniach surowcowych, gdzie ułatwiają to odpisy podatkowe z jednej strony i znaczna dowolność w wycenie aktywów z drugiej. Także kompanie międzynarodowe mają znaczną swobodę w przesuwaniu kosztów i zysków w szerokich granicach.

To powiedziawszy, jeśli cały rynek raportuje trend niższych zysków to wiadomość jest jasna. Z gospodarką  spowalniającą wkraczamy w „jesień” cyklu ekonomicznego, kiedy aktywność gospodarcza spada a gospodarka przymierza się powoli do recesji. Banki centralne tną wówczas stopy procentowe, które w poprzedniej fazie podkręciły zbyt wysoko aby „schłodzić” gospodarkę. Inwestorzy w „jesieni” wychodzą z akcji i preferują tradycyjne obligacje, których wartość rośnie napędzana niższymi stopami procentowymi.

S&P500

Czy jednak ta klasyka będzie działała w anormalnym okresie szaleństwa ekonomicznego który mamy od ośmiu lat?  W kryzysie 2008 FED sprowadził stopy procentowe praktycznie do zera i utrzymuje je tam do dziś.  Zalał też gospodarkę nie widzianą wcześniej górą dolarów w kolejnych falach QE. Jego przykład podjęły też inne banki centralne.  Niektóre posunęły się jeszcze dalej, do negatywnych stóp procentowych i do masowego skupu już nie tylko obligacji ale także akcji włącznie.

I co tu robić mają rynki w których głównym kupcem jest bank centralny, generujący pieniądz z powietrza i wykupujący z nich aktywa? Aktywa idą oczywiście do góry, nie bacząc na drobiazgi, takie właśnie jak zyski i tradycyjne wyceny. Ilustruje to diagram rynku S&P500 u góry.

Owszem, FED powstrzymywał się dotychczas od jawnego przynajmniej wykupu akcji, ale osiągnął efekt podobny oferując bankowym spekulantom praktycznie darmowy kredyt. Rosnące rynki equity były też magnesem dla inwestorów globalnych, wypłoszonych z niepłacących nic więcej obligacji oraz z depozytów bankowych zagrożonych konfiskatą NIRP-u czy widmem cypryzacji w rodzinnej jurysdykcji.

Co jednak gdy nawet w takiej sytuacji darmowego praktycznie pieniądza zyski akcji szerokiego rynku, jak S&P500, w sposób jasny i widoczny dla wszystkich zakończyły wzrosty i od blisko 2 lat maleją? Na zdrowy chłopski rozum mniej zarabiające akcje są mniej warte i też powinny tanieć. Ale czy tanieć w ogóle w takiej sytuacji mogą?

Wygląda na to że same nie są tego takie pewne i dlatego oscylują dziko, to w dół, to w górę, zdając się tworzyć znaną z analizy technicznej formację  „megafonu”. Megafon zazwyczaj niczego dobrego nie wróży. Po skrajnym wahnięciu w górę spodziewać się można jeszcze silniejszego wahnięcia w dół.   Do czego oczywiście amerykański „plunge protection team” po raz kolejny będzie starał się nie dopuścić,  przynajmniej przed wyborami. Zbyt wiele jedzie na rynkach equity obecnie aby bawić się w niuanse „wolnego” rynku i przypominać ludziom że po hossach bywały czasem bessy, i że ta ostatnia należy do najdłuższych…

A po wyborach?  No cóż,  podejrzewać wolno że siła ciężkości kiedyś jednak przeważy i że amerykańskie equities podążą w końcu tam gdzie zyski.

 

Oryginalna publikacja: W USA zyski w dół, akcje w górę

cynik9