Sprowadźmy małpy do zoo. To poprawi samopoczucie kangurów

Analitycy prognozują rok wzrostów. W Stanach Zjednoczonych PKB zwiększy się o ponad 2%, gospodarka UE wzrośnie o ok. 0,8%, a Polski o ok. 3%. Chiny zwolnią może nawet w okolice 5,5% bo stawiają na jakość. Niestety, ci sami analitycy nie potrafią mi odpowiedzieć dlaczego tak właśnie ma być?

Prognozowanie jest bardzo trudne, zwłaszcza wtedy, gdy dotyczy przyszłości – powiedział Niels Bohr, duński fizyk i laureat Nagrody Nobla. Z kolei analityk to ktoś, kto doskonale wyjaśni, dlaczego jego prognoza się nie sprawdziła.  Kłopot w tym, że teraz analitycy chyba nawet tego nie potrafią. Na pytanie, co się dzieje w USA każdy odpowiada, że będzie ograniczony QE3 i to coś zmieni. Z jednej strony widać ożywienie na rynku nieruchomości (wow, ale dlaczego?), rosnący popyt wewnętrzny (wow, ale dlaczego?), a z drugiej i trzeciej i czwartej strony mamy nastroje konsumentów, inflację, stopę bezrobocia i tajemniczy czynnik losowy zwany też politycznym (może wybuchnie jakaś wojna?).  Ogólnie wzór na prognozę wzrostu w Stanach wygląda tak:

Jeśli FED zwiększy dodruk, to rynki zareagują euforią i parę osób zarobi setki milionów dolarów, którymi łaskawie podzieli się ze swoimi pracownikami, którzy zamiast wydać te pieniądze, szybciutko spłacą część zaciągniętych wcześniej kredytów na domy. Z tego co zostanie kupią sobie nowe iPady.

A dlaczego gospodarka UE wzrośnie tylko o 0,8%? W zasadzie trudno to nazwać wzrostem. Niemniej UE to jeden z nielicznych przykładów struktur quasi państwowych, gdzie płaci się ludziom za to, by wstrzymali się od pracy! I to dowód na to, że Europa jest w poważnym kryzysie.

We Francji ważniejsze są ekscesy łóżkowe prezydenta Hollande od fatalnej sytuacji ekonomicznej tego kraju. David Cameron ostatnio postanowił podzielić społeczeństwo na imigrantów i rodowitych Anglików.  W HISZPANII wprowadzono prawo, które zabrania nagrywać policjantów na telefony komórkowe. Grożą za to tysiące euro kary! Jedynie Angela Merkel zdaje się trzymać rękę na pulsie – wie, że głupota sąsiadów oznacza kłopoty Niemiec. W końcu ile można płacić?

Polskie PKB urośnie o 3% – takie są przewidywania. Kłopot w tym, że to wzrost, który nie gwarantuje realnej poprawy jakości życia. Nic nie dzieje się z dnia na dzień, ale Polacy już są zmęczeni byciem jednym z najbiedniejszych społeczeństw w Europie. Przez 24 lata trwania III RP politycy powołują się na argument, że paskudna kondycja naszego kraju wynika z ponad 40 lat komuny… To brzmi tak, jakbyśmy startowali z poziomu kamienia łupanego. Naturalnie, zbrodniczy dla gospodarki system socjalistyczny doprowadził nas do bankructwa, ale „nowy społeczno- rynkowy vel socjalistyczny” podąża dokładnie tę samą ścieżką.

Może czas przestać oglądać się na UE, słupki sondażowe i inne bzdety i w końcu zrobić coś dla ludzi?  Ja od dawna proponuję zmniejszyć obciążenia podatkowe, a szczególnie składki wpłacane do ZUS.  W magiczny sposób nagle skończyłby się problem umów śmieciowych, a bezrobocie spadłoby o kilka dobrych punktów procentowych. Tylko, że to jest moje zdanie. Bo zaraz obok pojawi się wpis, gdzie inny analityk udowodni państwu, że im wyższe składki tym lepiej dla finansów publicznych, które są odpowiedzialne za 40% PKB całego kraju, itd.

Najlepsze na koniec. W Chinach zmniejszy się wzrost gospodarczy, bo Państwo Środka stawia na „jakość”. Czyli dla analityków zmiana jakościowa w gospodarce z automatu oznacza obniżenie rentowności papierów wartościowych w danym kraju, itp.? Czyżby sytuacja, gdzie dane państwo postanawia poprawić byt setek milionów obywateli to wg. wskaźników gorsze rozwiązanie niż rozciąganie współczynnika giniego w nieskończoność? Ekonomia – paradoksalnie niezdecydowana nauka, gdzie każdy ma rację, ale wszyscy się mylą.

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak