Strefa euro dalej od Polski

Drożejące po obniżce ratingu systematycznie euro to na razie niewielki problem dla konsumentów, ale coraz bardzie znaczący czynnik dla polskich przedsiębiorców. I mocny sygnał ostrzegawczy dla rządu. Można bowiem już mówić o postępującym krachu złotego w stosunku do euro. Strefa euro po działaniach naprawczych staje się coraz bardziej hermetyczna i silna na światowych rynkach. W takich warunkach niewątpliwie mamy do czynienia ze zmianami strukturalnymi relacji walut i mogą być one związane z coraz większą konsolidacją i reformami strefy euro w ostatnich latach.

Fot. REUTERS/Leonhard Foeger

Wiele branż eksportowych, w tym motoryzacyjna działając na stosunkowo niskich marżach ponosi systematycznie rosnące koszty importu zaopatrzeniowego. Oczywiście wyższy kurs euro poprawia krótkoterminowo opłacalność i atrakcyjność polskiego eksportu, ale w szerszej perspektywie trzyipółletnia słabość złotego wobec euro może wskazywać na pogorszenie warunków działalności znaczącej części firm działających w Polsce.
Warto przypomnieć, że koszty transakcyjne z tytułu posiadania własnej waluty i pozostawania poza strefą euro można szacować nawet na 2 proc. wolumenu handlu ze strefą euro, co oznacza według szacunków Bankier.pl, że roczne koszty ponoszone przez polskie firmy mogą sięgać nawet 17 mld złotych. To cena posiadania własnej waluty płacona w cenach towarów. Polska tym samym zalicza się do krajów europejskich drugiej prędkości gospodarczej. Pierwsza od lat obniżka ratingu to sygnał ostrzegawczy, że szklany sufit rozwoju zaczął już być regresywny dla polskiej gospodarki. Pułapka średniego rozwoju przy jednoczesnym rozroście roli państwa w gospodarce już od pewnego czasu staje się istotną blokadą rozwojową. W tej chwili jednak zaczynamy robić kroki w tył, co oznaczać będzie spadek efektywności polskiej gospodarki.
To zwrócenie również uwagi na to, że niewielkie własne zasoby kapitałowe są trwonione na pomysły, które służą ratowaniu twarzy politycznej, a nie wspieraniu rozwoju. Repolonizacja w pomysłach polityków zrównała się z etatyzacją gospodarki. Zaangażowanie państwa w promowanie górnictwa węgla kamiennego, wbrew jakiejkolwiek logice gospodarczej, demontaż stabilnego systemu finansowego, czy dramatyczny wzrost ryzyka niestabilności prawa, co od zawsze stawiło problem dla polskich i zagranicznych przedsiębiorców działających w Polsce, to języczki u wagi, które dotychczasowego prymusa gospodarczego regionu mogą skierować na ścieżkę regresu gospodarczego. Tymczasem gospodarka w gospodarce światowej również zmieniają się akcenty rozwoju. Recesja w Chinach i innych krajach emerging markets, wzmocnienie gospodarcze strefy euro, aktywność EBC, czy nadal wbrew wszystkiemu utrzymujący się wzrost gospodarczy w Stanach Zjednoczonych wskazują, że kraje rozwinięte kolejny raz odjeżdżają reszcie świata. Polska w ostatnim czasie nie robiąc kroków na przód w doganianiu najlepszych pozostaje coraz bardziej w tyle.
Być może S&P zrobiło przysługę Polakom i Polsce, bo zdecydowaną reakcją zwróciło uwagę na coraz bardziej mglistą perspektywę stabilności finansowej. Gdy retoryka wyborcza przeradza się już w coraz liczniejsze projekty ustaw, z których niemal każda może być zapalnikiem niewypłacalności całego kraju w dłuższym terminie, bo twórcy ustaw „zapominają” o szacowaniu ich kosztów. Na dodatek pomysłodawcy zapominają, że gospodarka to system naczyń połączonych i trudno zmienić wszystko na raz. W takich warunkach trudno się dziwić wierzycielom Polski, że już reagują i trudno też z nimi polemizować, a co gorsze ma to stosunkowo niewielkie znaczenie dla postrzegania na zewnątrz. Dla Polaków i polskiego rządu to jednak wewnątrz dzwonek ostrzegawczy, że skoro okazało się już dla wszystkich jasne, że Polska nie była w ruinie, to nie oznacza, że jest to stan dany i w szybki sposób nie możemy rzeczywiście zostać krajem gorszego sortu gospodarczego.

Bogusław Półtorak
Bogusław Półtorak