Sygnatariusze kłamią na potęgę

Kameralne Bonn znowu ma swoje pięć minut: przyjmuje sesję konwencji ONZ w sprawie zmian klimatu

Pierwszy raz od przeniesienia stolicy zjednoczonych Niemiec do Berlina kameralne Bonn, w którym urzędowały w latach 1949-90 władze NRF/RFN, a w okresie 1990-99 państwa zjednoczonego — znowu ma swoje pięć minut. Od 6 do 17 listopada przyjmuje 23. sesję konwencji Organizacji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (COP23) z udziałem 25 tys. delegatów ze 197 państw i terytoriów (ONZ oficjalnie liczy 193 członków).To największa międzynarodowa konferencja, jaką kiedykolwiek zorganizowano w Niemczech. Przy czym gospodarz COP zwyczajowo pełni rolę techniczną, przewodnictwo obecnego szczytu sprawuje Fidżi. I słusznie, bo właśnie biedne wyspiarskie państewka na Pacyfiku najbardziej odczuwają ocieplenie klimatu — niektóre są realnie zagrożone zniknięciem pod powierzchnią oceanu.

Klimatyczne szczyty odbywają się pod koniec każdego roku, ale tylko niektóre uznawane są za przełomowe. W 1997 r. był takim COP3 w Kioto, a potem dopiero COP21 w Paryżu w 2015 r. Wszystko po drodze, czyli także zorganizowane w Polsce COP14 (Poznań 2008) i COP19 (Warszawa 2013) miały charakter jedynie przeglądowy. Dotyczy to również obecnego szczytu w Bonn oraz przyszłorocznego COP24 w Katowicach. Najpilniejsze jest posunięcie naprzód realizacji paryskiego porozumienia, które stanęło. Konieczne są jednolite standardy, aby sygnatariusze przestali kłamać w sprawie emisji gazów cieplarnianych — a taki proceder uprawiany jest powszechnie.

Nową okolicznością dla ONZ jest także wypowiedzenie układu z Paryża przez prezydenta Donalda Trumpa. Nie miało dla niego żadnego znaczenia, że USA wraz z Chinami wspólnie ratyfikowały dorobek COP21, co dawało ogromną nadzieję całemu światu. Wyrzucenie do kosza układu niewątpliwie ograniczającego nieco biznesową zachłanność globalnego truciciela paraliżuje skuteczną walkę z globalnym ociepleniem.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski