To nie koniec gry o innowacje

W ubiegłym tygodniu zostałem poproszony przez jedną z gazet o komentarz na temat barier rozwoju polskich startupów. Odpowiedzi oczywiście udzieliłem wskazując między innymi na potrzebę wzmacniania ekosystemu i korzyści z bliższej współpracy startupów z dużymi przedsiębiorstwami. Nie dodałem jednak innego ważnego wniosku – duże firmy potrzebują startupów chyba jeszcze bardziej, niż startupy dużych firm.

Fot. YAY Foto

W zadanym mi pytaniu chodziło o ocenę możliwości rozwoju innowacyjnego biznesu w Polsce – kraju bądź co bądź o całkiem sporym potencjale rynku wewnętrznego i wielu przewagach konkurencyjnych – kontra projektowanie od samego początku biznesu pod kątem rozwoju globalnego. Moja odpowiedź była oczywista. W dzisiejszych czasach zupełnym anachronizmem jest zakładanie jakichkolwiek ograniczeń geograficznych, ponieważ biznes, szczególnie technologiczny, już wiele lat temu na dobre zniósł granice terytorialne. Wyjście na rynki międzynarodowe jest praktycznie jedyną opcją dla realnego rozwoju biznesu. Bez aktywności na zagranicznych rynkach nie da się dzisiaj osiągnąć odpowiedniej skali. Co więcej, zbyt długie oczekiwanie na globalizację pomysłu może zabić nawet najlepszy koncept w konfrontacji z globalną konkurencją. Są różne opinie na temat „jakości polskich startupów”. Niektórzy twierdzą, że rynek w Polsce jest za płytki, prawdziwego jednorożca nie doczekamy się nigdy a uwaga inwestorów nadal skupiać się będzie na USA czy też Izraelu. Nie o tym jednak chciałem pisać, choć warto zapoznać się z analizą przedstawioną w Huffington Post (to jedno z wielu tego typu opracowań), w której autor zwraca uwagę na kluczowe czynniki determinujące potencjał rozwoju startupów w różnych krajach na świecie  (http://www.huffingtonpost.com/entry/best-countries-for-launching-a-startup-in-2017_us_588dc62fe4b0cd25e49049cf). Choć Polska nie znalazła się na szczycie rankingu, to osobiście wierzę, że prędzej czy później doczekamy się komercjalizacji naprawdę spektakularnych pomysłów i wielkich wycen polskich startupów.

Cały czas nośnym, modnym hasłem w rozmowach o innowacjach i startupach, jest tzw. „ekosystem”. Na to pojęcie natrafiłem chyba po raz pierwszy w latach 90-tych w tekście James F. Moore’a w Harvard Business Review (https://hbr.org/1993/05/predators-and-prey-a-new-ecology-of-competition). Według autora „ekosystem biznesowy” to wspólnota gospodarcza wspierana przez interakcje organizacji i ludzi, wchodzących w określone relacje w świecie biznesu. Wspólnota gospodarcza wytwarza towary i usługi o określonej wartości dla klientów. Członkowie tego organizmu są także dostawcami, prowadzą produkcję, konkurują ze sobą i współpracują z innymi partnerami. Wracając do mojego komentarza, o którym pisałem na początku – postawiłem tezę, że problemem rozwoju startupów w Polsce jest niedojrzałość właśnie biznesowego ekosystemu. Oczywiście on w Polsce jest, funkcjonuje od jakiegoś czasu, ale w rzeczywistości poszczególni uczestnicy nadal się go uczą, szukają optymalnego modelu współpracy tak aby wektory interesów ułożyły się w tym samym kierunku. Co ciekawe Moore w swoim tekście z 1993 roku opisywał strategię firmy Apple, która przewidując potencjał współdziałania w ramach ekosystemu poszła o krok dalej i nie ograniczała się do relacji w ramach jednej branży. Steve Jobs postawił na zaangażowanie w ramach czterech różnych segmentów rynku i ich ekosystemów (komputery osobiste, elektronikę użytkową, łączność oraz informacja/dane). Czy dzięki tej strategii 8 lat później Apple osiągnęło niebywały sukces rynkowy wprowadzając na rynek ipoda a w 2007 roku iphone’a pierwszej generacji? Dzisiejsze badania potwierdzają, że był to jeden z kluczowych czynników sukcesu. Mowa o tym np. w tekście opublikowanym przez Wharton School of the University of Pennsylvania “Why the Best Technology Isn’t Always the Winner” (http://knowledge.wharton.upenn.edu/article/what-makes-emerging-technologies-click/).

Dlaczego ekosystem jest taki ważny? Otóż myśląc o wsparciu startupów zbyt często ograniczamy się wyłącznie do myślenia o pieniądzach. Tymczasem do sukcesu potrzeba czegoś więcej. Jestem przekonany, że szanse na globalny sukces startupów w Polsce znacznie wzrosną, kiedy większą rolę w ekosystemie zaczną odgrywać duże polskie przedsiębiorstwa, które oferują kapitał o wiele cenniejszy dla rozwoju innowacyjnych modeli biznesowych niż środki finansowe: doświadczenie biznesowe, dostęp do gotowych technologii, klienta końcowego. Rok temu podczas Europejskiego Kongresu Finansowego w Sopocie, w trakcie panelu towarzyszącego publikacji raportu „Gra o Innowacje” autorstwa PKN ORLEN (http://napedzamyprzyszlosc.pl/raporty/gra-o-innowacje), porównywałem ten ekosystem do oceanu, w którym żyją największe zwierzęta świata – humbaki. Wieloryby te przemieszczają się w grupie, a poszukując pożywienia opanowały sprytny sposób naganiania sobie nawzajem skorupiaków, którymi się żywią. Wokół humbaków ponad powierzchnią oceanu wznoszą się ptaki, które korzystają z ich pracy, nurkują aby schwytać łatwy łup. Z kolei pod powierzchnią wody, wokół olbrzymich ssaków pływają ławice małych ryb, które z ich ciał usuwają przylegające do nich porosty.  Ten prosty przykład symbiozy – zjawiska przynoszącego korzyści wielu stronom – wywołał dużą wesołość pośród słuchaczy na sali. Ilustracja dobrze charakteryzuje potencjalną rolę dużych spółek Skarbu Państwa (nie trudno się domyślić do czego je porównałem) i pomoc jaką mogą służyć startupom. Co ważne, ekosystem stwarza szanse dla wszystkich stron. W początkowej fazie na współpracy z dużymi firmami zyskają mniejsi. Na dalszym etapie korzyści ze współpracy mogą płynąć w drugą stronę. Do podobnych wniosków musiał dojść Minister Rozwoju, który silnie promuje współpracę spółek Skarbu Państwa i startupów m.in. w ramach programu Start In Poland (pierwszym instrumentem jest pilotażowy konkurs Scale Up, którego celem jest połączenie potencjału początkujących, kreatywnych przedsiębiorców z infrastrukturą, doświadczeniem oraz zasobami dużych korporacji, w tym spółek Skarbu Państwa). Jeżeli chodzi o inicjowanie i animację ekosystemów nie wszystko oczywiście powinno skupiać się w rękach państwa. Dynamika i wysyp różnego rodzaju inicjatyw w Polsce jest imponująca. Warto docenić inicjatywę takie przedsięwzięcia takie jak np. Google Campus Warsaw (wbrew pozorom to coś więcej niż tylko przestrzeń co-workingowa)  czy też The Heart Warsaw (bardzo dużo ciekawych wydarzeń, które stanowią inspirację nie tylko dla startupów ale również dla dużych firm).

W raporcie „Gra o innowacje” pisaliśmy o tym, że innowacyjność to sztuka wymyślania tego, czego nikt dotąd nie opracował i zarabianie pieniędzy na sprzedaży. Prawdziwym celem innowacji nie jest więc wynalazek, a stworzenie największych możliwych korzyści dla społeczeństwa. Innowacyjność to najwyższy stopień przedsiębiorczości, a zarazem warunek konieczny utrzymania trwałego wzrostu gospodarczego po zakończeniu etapu modernizacji gospodarki. Wskazaliśmy trzy kluczowe działania, których potrzebuje Polska aby w pełni uwolnić potencjał innowacji:

  1. Uruchomić misję innowacyjną państwa, spinającą łańcuch wartości(aby jak najwięcej pomysłów generowało jak największą wartość dodaną, odpowiednio dla państwa i dla przedsiębiorców).
  2. Przygotować innowatorów do tworzenia dużej liczby dobrych pomysłów poprzez ograniczenie ryzyka życiowego związanego z wprowadzaniem w życie innowacji oraz zmianę podejścia do nauczania.
  3. Przygotować katalizatory tych pomysłów w przedsiębiorstwach, tak aby z korzyścią dla przedsiębiorstw możliwe było przekształcenie pomysłów i prototypów innowacji w silne fragmenty łańcucha wartości w gospodarce.

Gdzie jesteśmy po roku od sformułowania tych wniosków?

Jeżeli chodzi o innowacyjną misję państwa to funkcjonuje to całkiem nieźle. Gołym okiem widać działania resortu Rozwoju (m.in. promocja polskich firm i startupów podczas targów Hannover Messe, uruchomienie wspomnianego wcześniej programu Start in Poland), Cyfryzacji (np. szereg projektów w zakresie budowy e-Państwa i ułatwienia prowadzenia działalności gospodarczej), Energii (moderowanie i promocja elektromobilności, programy stażowe „Energia dla Przyszłości”), czy też Nauki (ustawa o innowacyjności – czyli zachęty w postaci ulg podatkowych, ustabilizowania finansowania komercjalizacji wyników badań naukowych czy ułatwień proceduralnych, które mają przyczynić się do osiągnięcia w 2020 roku poziomu wydatków na B+R w wysokości 1,7% PKB). Co ważne, działania rządu prowadzone są w skorodowany sposób, m.in. dzięki powołaniu Rady ds. Innowacyjności, której wyróżnikiem jest fakt, że uczestniczą w niej urzędnicy państwowi najwyższego szczebla. Bardzo dobrze rokuje to dla odejścia od resortowego, silosowego zarządzania krajem. Pisząc ten tekst jednym okiem śledziłem transmisję z otwarcia konferencji impact’17 z Krakowa z udziałem przedstawicieli polskiego rządu, którzy przedstawiali rezultaty dotychczasowych działań w zakresie wzmacniania innowacyjności w Polsce oraz snuli plany na przyszłość. Przyznam, że rozmach i skala działań robił wrażenie.

Na drugie działanie z natury rzeczy potrzeba więcej czasu (szczególnie w aspekcie zmiany podejścia do nauczania) – z oceną wypada się więc jeszcze wstrzymać. Przypomnę więc tylko niektóre postulaty z naszego raportu: zwiększenie w systemie edukacji elementów rozwijających umiejętności pracy zespołowej i bardziej indywidualne podejście do ucznia; zdecydowane zwiększenie liczby zadań edukacyjnych o charakterze nierutynowym, wymagających samodzielności w myśleniu i działaniu; wzmocnienie współpracy uczelnie-korporacje, aby studenci mogli chłonąć jak najwięcej wiedzy praktycznej; wyznaczenie górnego progu egzaminowania metodą testową, zastąpienie jej zadaniami wymagającymi twórczego wkładu.

Trochę słabiej, w mojej ocenie, wypada ostatnie, czyli współpraca na linii przedsiębiorstwa – startupy. Są już pojedyncze sukcesy, ale katalizatory nadal się rozkręcają. Jaka jest tego przyczyna? Nie powiem niczego odkrywczego. Moim zdaniem przyczyną jest fundamentalna różnica w modelach prowadzenia biznesu pomiędzy dużymi spółkami (nie chodzi wyłącznie o spółki Skarbu Państwa) a startupami. W przypadku tych pierwszych mamy ciągły nacisk na efektywność kosztową i utrzymanie a nawet ciągłe wzmacnianie mechanizmów kontroli, rozbudowaną hierarchię i długi proces decyzyjny połączony z wewnętrzną rywalizacją pomiędzy różnymi obszarami organizacji oraz… awersją do ryzyka.  Z drugiej strony są startupy, które mają pewną misję rozwojową, ale nie planują, lecz do jej realizacji wykorzystują pojawiające się okazje. Procesy decyzyjne trwają minuty a nie miesiące. Model biznesowy oparty jest na zaufaniu a motywacją – przynajmniej na początku – nie są pieniądze a realizacja „projektu życia”, ambicja stworzenia czegoś unikalnego i osiągnięcia osobistego sukcesu. Efekt jest taki, że dochodzi do zderzenia dwóch kultur. Duże spółki chcą na siłę wkomponować startup w swój model biznesowy, traktują inwestycje w startupy analogicznie, jak inwestycję modernizacyjną: postawimy nowy blok (startup) i jak będzie działał, włączymy go w nasze procedury. Pomysłodawca niech sobie stanie z boku i nie przeszkadza bo my wiemy lepiej. Najważniejsze żeby na bieżąco raportować efekty do zarządu. A to nie jest tak. Wchodzimy we współpracę ze startupem i musimy się do niego dostosować w tym sensie, by pozwolić mu działać w jego modelu biznesowym, a to znaczy, że my musimy ten model zrozumieć, zaakceptować i w praktyce stosować. Musi to mieć miejsce nie tylko wtedy kiedy dochodzi do interakcji ze startupem, ale również w przypadku każdego projektu innowacyjnego, który firma prowadzi.

Na początku tego tekstu postawiłem tezę, że duże firmy potrzebują startupów chyba jeszcze bardziej, niż startupy dużych firm.  Współpraca ze startupami to dla dużych przedsiębiorstw nie tylko szansa na rozwój biznesu ale też unikalna okazja do nauki, wyciągnięcie wniosków i rewolucję w podejściu do prowadzeniu biznesu.  A kiedy zaczną się zacierać różnice w modelach biznesowych zaczniemy sprawniej funkcjonować w ramach ekosystemu innowacji.

Andrzej Kozłowski
Andrzej Kozłowski