Umowy śmieciowe: dobre, kiedy masz wybór

Nic tak nie poróżnia pracodawców i ich podwładnych, jak umowy śmieciowe. Zgoda jest dopóki, dopóty jedni i drudzy chcą zaoszczędzić. Głównie na składkach na Zakład Ubezpieczeń Społecznych i Narodowy Fundusz Zdrowia. Wszyscy chcą zachować jak najwięcej pieniędzy w swojej kieszeni.

Umowa śmieciowa

Kłopoty pojawią się wówczas, kiedy młodzi, bo to oni są najczęściej zatrudniani na podstawie kontraktów tymczasowych, zaczynają myśleć o emeryturze, czy chociażby wizycie u lekarza w państwowej placówce służby zdrowia. Albo, kiedy przypomną im o tym zatroskani rodzice. Nie ma siły, by wtedy stanąć murem za umowami o dzieło, które nie gwarantują żadnych świadczeń socjalnych.

Elastyczne formy zatrudnienia są dobre dla tych, którzy pracują jedynie dorywczo, albo mają już swoją działalność gospodarczą. W wielu przypadkach taka forma zatrudnienia wcale nie oznacza, że pracownik woli więcej gotówki do ręki, czy ma inne źródła dochodu, które oferują mu świadczenia socjalne. Coraz częściej umowa o dzieło funkcjonuje zamiast umowy o pracę, także jako kolejna z zawieranych z pracodawcą umów.

Wyboru młodzi zazwyczaj nie mają. Większość pracodawców, zwłaszcza w gastronomii, mediach, branży handlowej, a także usługach administracyjnych, sprzątających, ochronie mienia, czy wynajmie i dzierżawie nie oferuje pracownikom umów o pracę. Ci pracodawcy, ze względu na koszty pracy, nie są w stanie konkurować z dużymi placówkami handlowymi i prowadząc swoją działalność, zastępują umowy o pracę umowami cywilnoprawnymi. Osoby zatrudnione na umowę na czas określony to w Polsce aż 28,4 proc. wszystkich zatrudnionych. To największy wskaźnik w Unii Europejskiej. Przewyższamy pod tym względem nawet Hiszpanię, czy Bułgarię, które borykają się obecnie z ogromnymi problemami na rynku pracy. Średnia unijnych kontraktów na czas określony to 14 proc.

Jeśli pracodawcy w ogóle nie odprowadzają składek do NFZ za swoich pracowników, godzina pobytu na izbie przyjęć to koszt ponad 100 zł. Konsultacje specjalistyczne są warte 70-90 zł. Za USG brzucha trzeba zapłacić 100 zł, a za płukanie żołądka 70 zł. Za toaletę chorego nieprzytomnego pielęgniarki i salowe liczą sobie 90 zł, a za znieczulenie dożylne do zabiegu trzeba zapłacić 400 zł. A do tego mogą dojść jeszcze koszty specjalistycznych badań.

A zgodnie z Konstytucją każdy ma prawo do opieki zdrowotnej w Polsce. Także bezdomny, za którego zapłaci gmina i bezrobotny, którego leczenie sfinansuje urząd pracy. Osoba zatrudniona na umowie śmieciowej za pobyt w szpitalu zapłaci jednak z własnej kieszeni. Można więc winić NFZ, nie umowy śmieciowe.

Setek tysięcy złotych kredytu zatrudnieni wyłącznie na umowach śmieciowych także raczej nie dostaną. Bo nie ma gwarancji, że po trzech, czy sześciu miesiącach, a na tyle najczęściej podpisywane są kontrakty na czas określony, pracodawca nie będzie chciał podpisać kolejnej umowy. Można więc winić banki, nie umowy śmieciowe.

Można też obarczać winą za taki stan rzeczy pracodawców, którzy na podstawie umów o dzieło, czy zlecenie, zatrudniają osoby, które bezsprzecznie powinny dostać umowę o pracę. Według Kodeksu pracy przesłanki do etatu są wtedy, kiedy pracownik pracuje w wyznaczonym miejscu, pod okiem określonego przełożonego, osiem godzin (lub więcej) dziennie. Istotny jest grafik pracy, wnioski o urlop. To te aspekty bierze za dowód sąd, kiedy ma zadecydować, jaki rodzaj umowy przysługuje pracownikowi. I takie umowy śmieciowe, stosowane zamiast umów o pracę, powinny być zwalczane.

Edyta Hołdyńska