Wszyscy kłamią. KNP też

Polityka to brudna gra. Kłamstwo i manipulacja są tu na porządku dziennym. Dobieranie danych statystycznych pod tezę lub prezentowanie badań, które rzadko kiedy mają coś wspólnego z nauką to również chleb powszedni. Niezależnie od sympatii politycznych każda manipulacja musi być piętnowana.

Mark Twain powtarzał, że są trzy rodzaje kłamstwa – kłamstwo, wierutne kłamstwo i statystyki. Uzupełniając te słowa o stalinowską zasadę sprowadzającą się do stwierdzenia  „nieważne kto głosuje, ale ważne kto liczy głosy” całą formułę można zmodyfikować do zdania, że każdy może mieć swoją statystykę, która w danym momencie idealnie pasuje do głoszonej tezy. M.in. dlatego tak ważne jest utrzymywanie niezależności urzędów statystycznych, transparentność badań i objaśnianie metodologii ich prowadzenia.

Wszyscy kłamią

Jeżeli polityk lub naukowiec nie ujawnia procesu dochodzenia do danego wniosku to dla własnego bezpieczeństwa należy założyć, że kłamie lub manipuluje. Np. stwierdzenie, że kobiety przeciętnie zarabiają 20% mniej od mężczyzn jest faktem, ale brak dodania do tego informacji, że w znakomitym stopniu jest to spowodowane krótszym czasem pracy i częstszym wyborem gorzej płatnych stanowisk pracy to już przykład manipulacji. Niedopowiedzenie umożliwia wyciągnięcie błędnego wniosku, który posłuży do niewyobrażalnego uwypuklenia problemu pomimo tego, że bardziej prawdopodobne jest stwierdzenie, że ma on marginalne znaczenie.

Taka retoryczna zagrywka używana jest bardzo często. Np. z policyjnych statystyk wynika, że od 2003 roku liczba wypadków drogowych ze skutkiem śmiertelnym zmalała z blisko 7 tysięcy do 3,3 tys. w 2013 roku. Częste wypowiedzi policjantów w mediach i inne kampanie informacyjne mogą prowadzić do przekonania, że wzrost bezpieczeństwa na drodze jest spowodowany ciężką pracą policjantów, którzy bezwzględnie zwalczają plagę „pijanych kierowców”.

Praca policyjna to jedno, ale na cały obraz poprawy składają się też inne czynniki: dłuższa sieć drogowa, szerokie pasy, nakaz zapinania pasów, zmniejszenie dopuszczalnej prędkości w terenie zabudowanym, lepsze technologie motoryzacyjne, czy nawet wycinka przydrożnych drzew. Innymi słowy, częstym sposobem manipulacji jest pomijanie w przekazie informacyjnym tego czego nie widać uwypuklając tylko to, co jest widoczne gołym okiem.

Co widać, a czego nie widać?

Jedna z pierwszych lekcji ekonomii zwykle poświęcana jest na wytłumaczenie zagadnienia kosztu alternatywnego. Bezbłędnie opisuje go Bastiat w swojej, krótkiej rozprawie „Co widać i czego nie widać” gdzie wyjaśnia on mit zbitej szyby. Otóż powszechnie uważa się, że „wybicie okna” prowadzi do szeregu pozytywnych konsekwencji, które sprowadza się do stwierdzenia – szklarz będzie miał pracę. Bastiat w dużym uproszczeniu mówi, że zarobek szklarza to strata szewca i właściciela zbitej szyby, który nie będzie mógł sobie pozwolić na zakup nowych butów, bo pieniądze wyda na odtworzenie majątku.

Potencjalne korzyści lub straty są niedostrzegalne gołym okiem. Niestety taką retorykę stosują politycy, którzy często twierdzą, że podniesienie podatków umożliwi np. zwiększenie wydatków publicznych i ożywienie jednego konkretnego sektora gospodarczego. Straty wywołane zmniejszeniem zasobności portfeli obywateli zwykle są pomijane. Nie sposób policzyć ile telewizorów lub samochodów mniej kupią konsumenci, bo ich wydatki zwykle mają charakter rozproszony. Tutaj jednak poruszamy się w domenie strat. Jednak niezauważalne bywają też korzyści np. stwierdzenie, że nakaz zapalania świateł mijania prowadzi do zwiększenia zużycia paliwa, a więc strat energii i milionów złotych rocznie na paliwo należy konfrontować z trudnymi do przedstawienia danymi prezentującymi np. zmniejszoną liczbę wypadków, nakładów na leczenie czy naprawy samochodów. Wszystko ma swoje dwie strony medalu.

UE było korzystne czy nie?

Po dziesięciu latach w UE partie zarówno euro entuzjastów jak i eurosceptyków prześcigają się w publikowaniu danych, które w zależności od frakcji – ukazują nasze członkostwo  UE w dobrym lub w złym świetle. Zdaniem partii rządzącej zyskaliśmy miliardy euro na rozwój gospodarki czego pośrednim skutkiem było podwojenie PKB, zwiększenie sieci drogowej, rozwój setek przedsiębiorstw, obniżenie bezrobocia, itp. Milczy się natomiast nt. wzrostu długu publicznego, emigracji (przy czym transfery od emigrantów, czyli ok. 100 mld zł w krótkim okresie są korzystne, a w długim – ubytek ludności należy interpretować negatywnie) czy niekorzystnego wpływy niektórych unijnych regulacji na polską gospodarkę.

Z drugiej strony mamy Kongres Nowej Prawicy, który twierdzi, że na wejściu Polski do UE straciliśmy 385 mld zł. I pomimo całej mojej sympatii do idei wolnorynkowych w polityce – trudno nie stwierdzić, że jest to dokładnie taka sama manipulacja jak ta prezentowana przez euroentuzjastów.

I tak KNP upubliczniło infografikę , z której wynika, że straty związane z członkostwem w UE sięgają 385 mld zł. Zastosowano tu proste równanie – od sumy dotacji przekazanych Polsce z budżetu UE odjęto:

a)      wpłaconą przez nas składkę (165 mld zł),

b)      koszty regulacji unijnych ponoszonych przez przedsiębiorców (200 mld zł),

c)       koszty biurokracji związanej z dotacjami po stronie państwa (100 mld zł),

d)      koszty obowiązkowych kredytów branych w związku z dotacjami (75 mld zł),

e)      koszty przygotowania wniosków o dotacje (70 mld zł),

f)       współfinansowanie dotacji (165 mld zł).

Błędem tego zestawienia jest twierdzenie, że jedyne korzyści odniesione przez Polskę to suma wpłat z budżetu unijnego. Zapomina się przy tym o zyskach przedsiębiorstw i osób, których działalność pośrednio rozwinęła się dzięki poprawie infrastruktury, otwarciu wspólnego rynku,  dotacji na zakup sprzętu, który umożliwił nawiązanie konkurencji z zachodnimi firmami lub ekspansję zagraniczną czy też tak prostymi rzeczami jak ułatwienia w komunikacji (kierowcy nie muszą spędzać tysięcy godzin na granicy, brak odprawy paszportowej, umożliwienie tańszego sprowadzania pojazdów i innych towarów). Słowem,  w tej infografice popełniono błąd najgorszy z możliwych – bezpośredni efekt zestawiono z pośrednimi negatywnymi skutkami całkowicie zapominając o pośrednich korzyściach.

Słowem schemat KNP wygląda tak:

[DOTACJE]-[WPŁATY DO BUDŻETU+POŚREDNIE STRATY]

Uczciwie powinno to wyglądać tak:

[DOTACJE+POŚREDNIE KORZYŚCI] minus [WPŁATY DO BUDŻETU+POŚREDNIE STRATY(b do f)]

Przy czym przedstawione „straty” również budzą moje wątpliwości. Przykładowo koszty biurokracji związanej z dotacjami po stronie państwa i koszty przygotowania wniosków o dotacje (także tych odrzuconych) to wg KNP łącznie 175 mld zł. Samo tylko przygotowanie wniosków miałoby kosztować 7,5 mld zł rocznie. Jednak tylko w latach 2007-2013 złożono 270 tysięcy wniosków o dotację. Z przedstawionych danych wynika, że koszt złożenia jednego wniosku kosztowałby ponad 190 tys. zł (nawet uwzględniając poważne badania rynkowe, koszty wynagrodzeń i zapewne łapówek to kwota ta jest mocno przesadzona).

Zdaniem KNP ok. 10 mld zł rocznie. Utrzymanie całego aparatu publicznego w kraju kosztuje nas ok. 80 mld zł rocznie. W latach 1990-2000 liczba urzędników w Polsce wzrosła o prawie 150 tysięcy, czyli podwoiła się. W 2005 roku wynosiła ona już  367 tysięcy.  Od tego czasu wzrosła do ok. 440 tysięcy.

Ogólny rozrost biurokracji w Polsce niekoniecznie musi być powiązany z członkostwem w UE

Powodem może być maskowanie bezrobocia, itp. W Finlandii urzędnicy stanowią tylko 4,2% wśród ogółu zatrudnionych. W Polsce odsetek ten wynosi ponad 6%, a w małym bogatym Luksemburgu – 11%. Rozrost biurokracji bardziej wynika z krajowych decyzji politycznych i samej kultury administracji w danym państwie niż regulacji unijnych.  Dlatego teza, że koszty te są wynikiem tylko naszego członkostwa w UE jest naciągana.

Z kolei 200 mld zł kosztów po stronie przedsiębiorstw to dane już całkowicie wyciągnięte z sufitu. Po pierwsze KNP przyjmuje, że swobody w przepływie kapitału i usług mogłyby być osiągnięte bez pełnego członkostwa w UE. Proszę sobie uczciwie odpowiedzieć na pytanie przy założeniu, że dominacja niemiecka i francuska na kontynencie europejskim jest częściowo niezależna od UE, to jaka jest szansa, że dopuszczono by Polskę do Schengen bez konieczności uczestniczenia w UE? (Prędzej by nas do ZBiR-u przyjęli!)

W przypadku Polski sprawa wygląda tak: bez członkostwa w UE nie ma SCHENGEN. Naturalnie politycy mogą mówić i obiecywać co chcą i komu chcą, ale jeśli my wypowiemy umowę UE, to kraje SCHENGEN (większość UE) też nam wypowiedzą umowy i to bardzo możliwe, że wszystkie z wycofaniem kapitału włącznie. Przykro to pisać, ale tylko niepoprawny optymista może wierzyć, że znajdujemy się w na tyle komfortowej sytuacji, że możemy „zjeść ciastko i mieć ciastko” .

Polska to nie jest Islandia, Norwegia lub Szwajcaria. Bliżej nam do Ukrainy niż do krajów EFTA – i to nie jest kwestia ekonomiczna, ale też polityczna. O ile biznes kieruje się zdrowym rozsądkiem, to nie można tego powiedzieć o rządzących. Dlatego wątpię, by udało nam się uzyskać przywileje szwajcarskie lub norweskie w handlu z UE bez konieczności stosowania tych samych standardów prawnych.

W latach 2004-2012 stan zobowiązań z tytułu bezpośrednich inwestycji zagranicznych zwiększył się prawie trzykrotnie i osiągnął poziom ponad 700 mld zł, z czego ponad 70% stanowiły udziały kapitałowe i reinwestowane zyski. Można narzekać na fakt, że zagraniczne firmy przejmują polski rynek, ale inwestycje w naszym kraju umożliwiają równocześnie rozwój rodzimych kooperantów. Wcale nie jest pewne, że bez kapitału zagranicznego udałoby się osiągnąć podobne wyniki. Przyjmując ten punkt widzenia – kwota 20 mld zł strat rocznie ponoszonych przez firmy z tytułu regulacji unijnych to zwykły populizm, bo nie będąc członkiem UE też ponosilibyśmy koszty (możliwe, że w mniejszym zakresie, ale jednak).

Silna Polska bez UE to mit

Jeśli ktoś sądzi, że Polska nie dostosowywałaby swojego prawodawstwa oraz regulacji do unijnych i panowałaby u nas całkowita wolna amerykanka gospodarcza to jest w błędzie. Prawo UE  byłoby cały czas naśladowane przez polskie – a politycy (ci sami) cały czas sankcjonowaliby nowe ustawy stwierdzeniem, że w „bogatej UE tak jest i działa”.

Sanepid, pip, prawo pracy, ZUS, KRUS, obowiązki informacyjne, sądy, prawo patentowe – te rzeczy wcale by nie zniknęły lub nie zaczęły działać lepiej. Procesy prawdopodobnie zachodziłyby wolniej, ale kierunek byłby ten sam. Globalizacja w dużej mierze prowadzi do unifikacji, a słabsza strona rynku zwykle musi akceptować warunki silniejszej. My bylibyśmy tą słabszą stroną. Równocześnie mielibyśmy znacznie mniejsze szanse na osiągnięcie większych zysków np. związanych z eksportem lub tanim importem.

Manipulacja w tym temacie zakłada także, że gdyby nie nasze członkostwo w UE to te rzekome 385 mld zł zostałyby w kraju w kieszeniach Polaków. To teza luźno (i to bardzo, bo czy ktoś pamięta jeszcze strajkujących rolników?) oparta na „ceteris paribus” – takie modelowanie rzeczywistości ładnie wygląda tylko na papierze, ale niewiele ma z nią wspólnego. Politycy wszelkiej maści manipulują danymi. Rolą obywatela jest ocena i weryfikacja przedstawianych informacji – niezależnie od upodobań politycznych i poglądów zawsze na pierwszym miejscu musi być rzetelność i prawda…

… i wcale nie oznacza to, że inni są lepsi. Są nawet gorsi.

Komentarz odnośnie do kosztów

A/ Bez zastrzeżeń.

B/ Tu jest spory kłopot, bo niektóre regulacje są dla nas korzystne. Najprościej przyjąć benchmark np. porównując do innego kraju lub grupy krajów, ale tutaj się to nie sprawdzi, bo w teorii na terenie całej UE panują te same regulacje, więc różnica w rankingu wynika z przepisów krajowych.

Prawidłowo wygląda to tak, że robi się pomiar obciążeń administracyjnych w przepisach prawa gospodarczego. Suma rocznych kosztów obciążeń administracyjnych ponoszonych przez przedsiębiorców wynosi ok. 6% PKB (Deloitte, MG), a to daje nam ok. 96 mld zł. Z czego 65% kosztów wynika z przepisów o rachunkowości i prawa podatkowego (które by bez UE nie zelżały). Teraz patrzymy jaki odsetek z tego bezpośrednio stanowią koszty generowane przez „szkodliwe regulacje” UE. Nawet jeśli jest to 10% (a w mojej opinii to bardzo dużo) to daje nam wynik dużo poniżej 100 mld zł, a nie 200 mld.

Przy czym jeśli weźmiemy pod uwagę, że część krajów UE stoi bardzo wysoko w rankingu DB m.in. z uwagi na niskie koszty OA to tak naprawdę trudno powiedzieć na ile te liczby są wynikiem błędnej implementacji prawa UE do prawa krajowego, a na ile złośliwością Brukseli, która z premedytacją chce niszczyć nasz rodzimy biznes!? Bo jak wytłumaczyć fakt, że polski przedsiębiorca płaci aż 18 danin publicznych, a przedsiębiorca z Wielkiej Brytanii i Hiszpanii tylko po 8? Ta sama „zła” Unia, która tak ciemięży naszego polskiego przedsiębiorcę nakazuje tajną regulacją obłożyć rodzimą firmę dwukrotnie większą liczbą podatków niż jej zachodniego konkurenta? A może zwyczajnie jest to wina niekompetencji naszych polskich polityków? Zatem jakim prawem jest to używane jako argument przeciw UE?

C/ Biurokracja, czyli utrzymanie urzędów i instytucji zajmującej się rozdawnictwem. Należy zliczyć budżety wszystkich departamentów i instytucji po kolei wyłączając te działania, które nie mają nic wspólnego z UE (np. wspólne środki transportu, nakłady na utrzymanie budynków, kompetencje urzędników).To krecia robota…, ale z wyliczenia KNP wynika, że ta biurokracja pociągnęła za sobą blisko 25% łącznych kwot dotacji.Nawet patrząc po stanie osobowym w urzędach to jest to stanowczo za duży odsetek!!! -> co czwarta rozdana złotówka pochłaniana była przez administrację państwową? Naprawdę? Rozsądnie byłoby przyjąć 10%, ale to też za dużo.

D/ Kredyty nie są obowiązkowe to raz. Dwa, że równie dobrze można stwierdzić, że koszty te byłyby dwa razy większe, gdyby dotacji nie było (bo zmniejszały one kwoty potrzebne na realizację inwestycji). Jednak jeżeli przyjmujemy, że kredyty są złe i bardzo złe to może zostać nawet te 70 mld zł.

E/ Wychodzi ok. 190 tys. zł na wniosek. Żart. Przygotowanie wniosku nie powinno być droższe niż 5% wartości udzielonej dotacji i to wynika z praktyki (inaczej nie opłaca się jej brać). Z moich szacunków będzie to 20 mld zł.

F/ Współfinansowanie dotacji – ta pozycja to jest dowcip i dziura logiczna całej kampanii. Przecież te pieniądze też by zostały wydane, bo „Polska musiałaby budować drogi i koleje bez kasy UE” więc pewnie kwota ta by się jeszcze podwoiła.

Łukasz Piechowiak

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak