Za granicą kryzys, zamieszki, powodzie. Wakacje 2013 będą wyjątkowo trudne?

Krwawe zamieszki w Turcji, powodzie w Czechach, Austrii i Niemczech, niedoszłe tornado w Chorwacji, kryzys w Grecji – jeśli wierzyć telewizyjnym doniesieniom, tegoroczne wakacje będą dla turystów wyjątkowo trudne. Chyba że to tylko medialna burza w szklance wody.

Za granicą kryzys, zamieszki, powodzie. Wakacje 2013 będą wyjątkowo trudne?

W związku  z protestami społecznymi w głównych ośrodkach miejskich w Turcji, Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP stanowczo zaleca obywatelom polskim przebywającym w tym kraju zachowanie ostrożności oraz unikanie demonstracji i zgromadzeń publicznych. Obywatele polscy przebywający w Turcji powinni  stosować się do zaleceń tureckich sił porządkowych oraz zgłosić swój pobyt w systemie e-konsulat. Kurorty nadmorskie są bezpieczne, choć w centrach dużych miast możliwe są demonstracje – to dokładna treść ostrzeżenia wydanego w poniedziałek przez polski resort spraw zagranicznych w związku z zamieszkami, jakie od kilku dni mają miejsce w Turcji.

W czterostopniowej skali (1 – Zachowaj zwykłą ostrożność, 2 – Ostrzegamy przed podróżą, 3 – Nie podróżuj, 4 – Opuść natychmiast), zagrożenie dla turystów wybierających się do tej części Europy oceniono na 2. Jak na pojawiające się w tym samym czasie medialne doniesienia o „masowych aresztowaniach i dewastacjach”, „płonących barykadach” i „krwawych walkach”,  komunikat wydany przez MSZ wydaje się nadzwyczaj stonowany. Nieodpowiedzialność Ministerstwa czy raczej nieuzasadniona panika w mediach?

Media: czeskie miasto pod wodą. Lokalne władze: żyjemy

Początek pierwszego czerwcowego tygodnia. Na pierwszych stronach większości internetowych mediów zdjęcia z zalewanych wodą Czech, Austrii i Niemiec. Z każdą godziną tytuły nabierają dramatyzmu. Wśród nich doniesienia z wpisanej na Listę światowego dziedzictwa UNESCO urokliwej średniowiecznej miejscowości Český Krumlov – podobno znika w wodach Wełtawy.

Miasto, które rok temu zdobyło tzw. turystycznego Oskara jako jedna z największych tego typu atrakcji na świecie, faktycznie zmaga się z powodzią (widok z miejskiej kamery). Jednak wyrwa pomiędzy stanem rzeczywistym a komunikatami niektórych mediów okazuje się na tyle duża, że władze Krumlova wydają oficjalne oświadczenie dementujące niektóre krzykliwe nagłówki. Český Krumlov žije – piszą.

W komunikacie czytamy, że Wełtawa wylała się z koryta tylko w niektórych miejscach, a praca w zabytkowym centrum i innych częściach miasta nie została przerwana. Że sytuacja jest opanowana, a niebezpieczeństwo minęło. Podjazdy do miasta są otwarte, a wszystkie planowane wydarzenia kulturalne odbędą się w terminach. Dla planujących podróż do tej części Czech – informacja na wagę złota. Drogocenna tak samo, jak dla miasta przekonanie turystów, żeby w związku z powodzią nie zmieniali swoich planów.

O wiele trudniejsze będzie to w przypadku Pragi, gdzie woda przybiera na sile od kilku dni. Inaczej niż w przypadku Krumlova, tu lokalne władze sugerowały, by bez potrzeby na razie nie wybierać się na wycieczkę w te strony. We wtorek rano stolicę Czech mija fala kulminacyjna. „Miasto zalane”, „przybywa ofiar”, regularnie donoszą media, choć pojawiają się sygnały, że i w tym przekazie jest dużo przesady. Nikt nie umniejsza skali wydarzeń, które wiążą się z ewakuacją niektórych mieszkańców. Po 10:00 do redakcji przychodzi jednak e-mail z „dziś już słonecznej i bez deszczu” Pragi. Tej samej, która według innych doniesień właśnie topi się w swojej rzece. – Wczoraj byłam w centrum z aparatem nad Wełtawą. Rzeka robiła wrażenie, ale było dużo spokojniej niż to wynikało z relacji polskiej telewizji – informuje mieszkająca w stolicy sąsiedniego kraju Polka, Katarzyna Bocian, która niegdyś relacjonowała w Bankier.pl życie emigranta w Pradze. – Trudniej było w innych częściach Pragi i rejonach Czech – tyle że pewnie relacje stamtąd nie byłyby tak widowiskowe, jak z historycznego centrum.                

Telewidzowie jak na tureckim kazaniu

Również początek czerwca. Przez zdjęcia rozlewających się rzek w Czechach, Austrii i Niemczech przebijają się obrazy z Turcji, gdzie na ulicach Stambułu demonstranci walczą z policją. Protest, który rozpoczął się w związku z budową centrum handlowego, po interwencji władz przerodził się w antyrządowe zamieszki. Polityczne ruchy pewnie obchodziłyby mało którego Polaka, gdyby nie fakt, że na tamtejszych wybrzeżach również w tym roku będą wypoczywały tysiące rodaków.

Agresja i narastająca społeczna frustracja sprzedają się dobrze, dlatego w ciągu kilku dni turecki serial wydłuża się o kolejne telewizyjne odcinki. Czytamy o odciętej w kraju sieci komórkowej i zablokowanym Twitterze oraz Facebooku, co ma utrudnić protestującym wzajemny kontakt. – Nic takiego nie miało miejsca – mówi Agata Bromberek, która w Turcji mieszka na stałe. – Internet, owszem, działał wolniej lub strony się chwilowo nie otwierały, ale powodem jest przeciążenie serwerów – tysiące ludzi cały czas łączyły się z siecią, ponieważ media masowe dość długo ociągały się z relacjami.

Nie te doniesienia jednak wydają się najbardziej krzywdzące dla kraju. Za takie Bromberek uważa kolejne próby błędnej oceny sytuacji i protestujących, a przede wszystkim porównywanie Turcji do Egiptu. Inna sprawa, że podsycanie tematu jeszcze dzisiaj wydaje się trochę nieadekwatne do sytuacji. – Najgoręcej było w weekend, w tej chwili protesty są niesione siłą rozpędu, ale mają pokojowy charakter. Sami Turcy zorientowali się, że sytuacja przynosi więcej szkody i pożytku, w mediach społecznościowych widać apele o spokój, porządek i kulturę. Dyskusja na temat ewentualnych zmian czy demokracji w Turcji z ulic przenosi się do mediów – wyjaśnia.

Pytana o prywatne zdanie na temat zagrożenia dla turystów, zdecydowanie nie spodziewa się takowego. Stambuł i popularna turystyczna Alanya są oddalone od siebie o ponad 800 km. – Większość miast i miasteczek – włączając w to kurorty – jest spokojna i bezpieczna jak zawsze, życie toczyło się i toczy normalnym trybem. W niektórych miejscach co prawda odbywały się demonstracje przeciwko rządzącej partii, ale mają pokojowy charakter. W panikę, jak się okazuje, nie trzeba popadać również w Stambule. – Miasta nie trzeba unikać, warto jedynie omijać miejsca ewentualnych demonstracji – mówi Polka, przekazem zbliżając się do przytoczonego na wstępie stanowiska MSZ.

Grecki kryzys. Zaufania

Tak jak dziś o Turcji, tak rok temu Europa głośno i chętnie dyskutowała o wydarzeniach w Grecji. Antyrządowe protesty i związane z nimi zamieszki w łatwy do przewidzenia sposób rzutowały na wizerunek popularnego wśród turystów kierunku. Jak mówią dziś sami Grecy, najbardziej bolało stanowisko Niemiec. W tym samym czasie jednak i w Polsce pisało się o niepewnej – również dla podróżnych – sytuacji na południu Europy.

– To prawda, mamy finansowe problemy, a kraj jest winien Europie pieniądze. W związku z tym ludzie żyją w stresie, bo nie wiedzą, o ile zbiednieją, gdy znowu obetnie się im pensje. Mimo to, wciąż mamy co jeść i pić, nie walczymy na ulicach i nie zabijamy się nawzajem – ironicznie wypowiadał się na łamach Bankier.pl grecki przedsiębiorca Dimitris Koumbarakis.

I on, i prowadząca własny biznes na greckich wyspach Polka Lidia Wandas, dobrze pamiętają, jak w 2010 roku, kiedy w okolicach ateńskiego Parlamentu agresywnie swoją frustrację demonstrowało 250 tys. osób, do stolicy Grecji zjechały się światowe media. W relacjach na żywo pokazywano brutalne zamieszki, a przekaz dla turystów był jeden: uwaga na Grecję. W tym samym czasie w innych częściach kraju, nie mówiąc już o wyspach, płynnie wymieniały się kolejne turnusy specjalnie niewzruszonych turystów.

Wydarzenia w centrum stolicy nie miały też wpływu na życie większości mieszkańców kraju. Mimo to, media zgłaszały zapotrzebowanie na relacje odmiennej treści. Zapraszany do wielu polskich telewizyjnych programów Grek Teo Vafidis do teraz wspomina: – Pamiętam, że dziennikarze pytali mnie nawet o to, jak – wobec zamieszek w stolicy – moja mama radzi sobie z robieniem zakupów. Tyle tylko, że moja mama mieszka w Seres. Pytam się – po co ona miałaby chodzić na zakupy do centrum Aten?

***

Jako że w Egipcie w tym sezonie względnie spokojnie, Syria nie występuje w turystycznych prospektach, a w Szwecji mało kto spędza wakacje, wszystkie aberracje mające miejsca  w krajach, które Polak bez większej trudności lokalizuje na mapie, przed wakacjami będą nabierały podwójnej medialnej mocy. Stąd emocje wokół Turcji, Grecji czy sąsiednich Czech. Poczytne, bo dla mających już bilet w kieszeni słuszne ostrzeżenie ma wartość wysoką – jest jak zabrana w ostatniej chwili szczoteczka do zębów.  Czasami jednak bez tej szczoteczki na miejscu można się całkiem dobrze obyć. Równie dobrze poradzić sobie powinni turyści w miejscach, gdzie choć pewna ostrożność jest wskazana, dyskusja na temat zagrożeń przerasta skalą je same.

Malwina Wrotniak
Malwina Wrotniak