Dobra zmiana w Kodeksie pracy

Koniec z gadaniem, że pracownik dostanie umowę na koniec dnia albo na świętego nigdy. Rządowy projekt zmian w Kodeksie pracy przewiduje, że umowa lub warunki umowy mają być spisane i przedstawione pracownikowi przed dopuszczeniem go do pracy.

Sejm

Obecnie jest tak, że co prawda umowę o pracę trzeba zawrzeć na piśmie, ale najpóźniej w dniu rozpoczęcia pracy, czyli w praktyce możliwe jest to zawarcie jej na koniec dnia roboczego. To utrudnia Państwowej Inspekcji Pracy skuteczne kontrole legalności zatrudnienia, bo raz, że najpierw Inspektorzy muszą się zapowiedzieć a jeśli już uda im się wykryć nieprawidłowości w zakresie legalności zatrudnienia (brak umowy) to pracodawca zawsze mógł stwierdzić, że jest to pierwszy dzień pracy tego pracownika więc umowa jest dopiero w przygotowaniu.

Przedsiębiorcy zatrudniający nielegalnie pracowników w zasadzie nie mają dużych powodów do obaw. Prawo jest po ich stronie. Wystarczy stworzyć wątpliwość, która może być interpretowana na ich korzyść – sprawę ułatwia fakt, że spory odsetek zatrudnionych na czarno nie chce legalizować swojej formy zatrudnienia (bo albo ma komornika na karku albo zarabia tak mało, że dodatkowe oskładkowanie ich wynagrodzeń w zasadzie czyniłoby ich wysiłki nieopłacalnymi).

Ryzyko kary jest nieduże

Maksymalne kary (mandaty) dla nieuważnego lub już totalnie przeginającego pracodawcy wynosi 2 tys. zł, gdy mowa o recydywie kara rośnie do 5 tys. zł. Mandaty rzadko kiedy przekraczają 1 tys. zł a grzywny zasądzone przez sąd to średnio niewiele ponad 2 tys. zł. Suma składek i podatków zawartych w przeciętnym wynagrodzeniu o pracę wynosi blisko 2 tys. zł więc nie trzeba nikogo przekonywać, że zatrudnianie na czarno jest opłacalne. Jeśli dodamy do tego, że inspektorów jest tylko 2 tysiące a przeciętna mikrofirma ma szansę na kontrolę średnio raz na 30 lat to sprawa robi się jasna i oczywista.

Rząd proponuje, by umowa lub warunki zatrudnienia były przedstawiane pracownikowi na piśmie przed rozpoczęciem przez niego pracy. To zdaniem projektodawców ułatwi Państwowej Inspekcji Pracy skuteczną kontrolę, bo pracownik wykonujący pracę na terenie zakładu, ale bez podpisanej umowy, w rozumieniu nowelizacji, będzie „pracował na czarno”.

Celem zmiany jest przede wszystkim przeciwdziałanie oszustwom wobec pracowników, którzy często otrzymują przyrzeczenie zawarcia umowy, ale po przepracowaniu kilku dni (czyli wykonaniu określonego zadania), nie doczekują się jej i po prostu są zwalniani bez żadnego lub z zaniżonym wynagrodzeniem. Dotyczy to szczególnie młodych ludzi, którzy nierzadko pracują w danym miejscu po kilka tygodni i nie mają do końca pewności jaką dostaną płacę za swoją pracę i czy w ogóle ją dostaną.

Innymi słowy, nowelizacja przepisów raczej ma chronić tych co nie chcą pracować na czarno niż tych, którzy mają taki zamiar

Na tych drugich nie ma siły – kary finansowe ich nie odstraszą (bo zwykle już mają komornika na karku więc i tak funkcjonują na marginesie życia gospodarczego). O wprowadzeniu kar pozbawienia wolności nie ma mowy – Polska to nie USA, oszukiwanie państwa i pozostałych podatników budzi mniej więcej taki sam sprzeciw społeczny jak przechodzenie na czerwonym świetle. Ponadto wiele osób do pracy na czarno zmuszają trudne warunki ekonomiczne – samotni ojcowie, matki, bieda i inne rodzinne tragedie. W zasadzie w Polsce wszystko jest okolicznością łagodzącą (może z wyjątkiem alimenciarzy uporczywie unikających odpowiedzialności).

Na legalizacji pracy każdych 100 tys. osób budżet państwa i ZUS łącznie zyskuje ok. 1,5 mld zł rocznego dochodu z tytułu podatków i składek. Oczywiście, nie każdemu pracownikowi opłaca się oskładkowanie – rzecz polega na tym, by legalizacja nie wiązała się ze znacznym obniżeniem ich dochodów netto.

Podsumowując. Zmianę zaproponowaną przez PiS oceniam raczej pozytywnie.

 

 

 

 

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak